Piątek+
Po co nam Alicja?
Gdyby nie dziewczynka w wiktoriańskiej sukience, Neo w „Matriksie” nie wiedziałby, że ma podążać za białym królikiem. Nie mówiąc o tym, że uśmiechy wszystkich kotów byłyby o wiele mniej tajemnicze
– Ewidentnie potrzebujemy Alicji – mówi prof. Grzegorz Leszczyński, badacz literatury dziecięcej. – Byłem na wieczornym seansie „Alicji...”, myślałem, że będę sam, a sala była pełna.
Podczas pierwszego weekendu wyświetlania „Alicji w krainie czarów” padł kinowy rekord. Film Tima Burtona zarobił w USA i Kanadzie 116 mln dolarów. To niekwestionowane zwycięstwo wśród filmów wykorzystujących technologię 3D. I nie dlatego, że bilety są trzy razy droższe. Przede wszystkim dlatego, że na film, oprócz całych rodzin, przychodzą także sami dorośli.
Po co dorosłym „Alicja...”? – Ponieważ chcemy przypomnieć sobie nasze dziecięce radosne spojrzenie na świat – wyjaśnia prof. Leszczyński. – Świat, w którym każdy ze swoimi niedoskonałościami i dziwactwami ma swoje miejsce i jest obdarzany szacunkiem.
Tak jak postacie zaludniające książkę Lewisa Carrolla, od Kota po Gryfona, nad którymi mała Alicja pochyla się i słucha z uwagą.
Ważne jest bzdurzenie
Kluczy do Alicji jest tyle, ilu czytelników. – Chociaż właściwie najważniejsze w tej książce jest czwarte zdanie: „A cóż jest warta książka – pomyślała Alicja – w której nie ma rozmów ani obrazków?” – uważa Małgorzata Cackowska zajmująca się obrazkową literaturą dla dzieci w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. – Bohaterka odrzuca uporządkowany świat liter, tekstu. Przestaje go uznawać za jedyny sposób odbierania świata i wkracza w grząski, ale fascynujący i nieposkromiony świat wyobraźni, który staje się ważniejszy od rzeczywistego.
Dla jednych czytelników jest to powieść oniryczna, dla innych – satyryczna lub odzwierciedlająca wizje autora po spożyciu opium. Niektórzy skłonią się do odczytywanie jej filozoficznych odniesień, a będą tacy, którzy odnajdą w opisywanym świecie każdy zakamarek angielskiego Oksfordu.
Ba, Alicja jest pierwszym w literaturze utworem zawierającym konwencję tzw. światów równoległych. Od czasów filmu Polańskiego „Rosemary`s Baby” jest to niezwykle często spotykany motyw w kulturze popularnej (dość wspomnieć filmy „Matrix”, w którym notabene Neo podąża za białym królikiem czy „The Big Fish”). – To także utwór pełen absurdalnego humoru, odpowiadający dziecięcej potrzebie śmiechu. Temu, co Brzechwa określił jednym zdaniem: „Dzieci bzdurzą i lubią być bzdurzone” – dodaje Grzegorz Leszczyński.
Tej Carrollowskiej bzdurze ewidentnie nie przeszkodził czas. Utwór angielskiego wykładowcy matematyki Charlesa Lutwidge’a Dodgsona (pseudonim: Lewis Carroll) opublikowany w 1865 r. jeszcze 150 lat później nie zestarzał się ani o sekundę.
Literaturoznawcy nie mogą odżałować, że Carroll prawdopodobnie zniszczył pierwszą wersję przygód Alicji („Przygody Alicji pod ziemią”), pisaną jako książkę dla młodszych dzieci. Późniejsza „Alicja w krainie czarów” to rozbudowana literacka wersja przygód małej dziewczynki Alicji, które Lewis Carroll opowiedział Alicji Liddel i jej dwóm koleżankom podczas niespełna 5-milowej wycieczki statkiem po Tamizie gorącego lipcowego dnia 1862 roku. Ponieważ słuchająca tej historii dziewczynka była nią zachwycona i poprosiła o jej spisanie, Carroll uczynił zadość jej prośbom. Utwór trafił w ręce zaprzyjaźnionych z matematykiem angielskich bajkopisarzy, którzy namówili go do jego wydania. Książka od chwili, gdy się ukazała, zrobiła zawrotną karierę. Zachwycili się nią Oskar Wilde i sama Królowa Wiktoria.
– Jak na tamte czasy, właśnie epokę wiktoriańską, była zaskakująco wywrotowa i rewolucyjna – uważa Monika Graban-Pomirska, wykładowczyni zagadnień literatury dziecięcej na Uniwersytecie Gdańskim. – Zamiast dydaktycznego: „myj rączki i bądź grzeczna dla mamy i taty”, mali czytelnicy odnajdują bohaterkę wrzuconą w opętany świat wariatów, który rządzi się brakiem logiki. A pytania o wysportowane śledzie czy owce sprzedające w sklepie są jak najbardziej na miejscu.
Dreszczyk emocji
Prezentowana do tej pory w XIX w. jedynie w baśniach czy w opowiadaniach E.T.A. Hoffmanna fantastyka nagle nabrała kompletnie nowego wymiaru. Carroll usankcjonował nie tylko szaleństwo i brak granic wyobraźni dziecięcej. On także dał dorosłym prawo do tego, co dzisiaj byśmy nazwali: „kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem”. Dlatego dojrzali ludzie (z wyjątkiem Terry’ego Pratchetta, który otwarcie mówi: „Nie znoszę Alicji”) do tej pory chętnie sięgają po „Alicję”, żeby przeczytać swój ulubiony kawałek: bez względu na to, czy będzie to absurd wiersza „Jabberwocky” czy powrót do stołu przy zwariowanej herbatce.













