Design
Design z ziemi polskiej
„Wracamy do Mediolanu” - mówią Miśka Miller-Lovegrove i Anna Pietrzyk-Simone, kuratorki i promotorki polskiego designu o wystawie polskich projektantów planowanej na International Salone del Mobile w kwietniu
Rz: Dlaczego poświęca pani czas na promocję polskiego designu? Jest pani architektem, partnerem w biurze męża Rossa Lovegrove, słynnego w świecie designera.
Miśka Miller-Lovegrove: Myślałam, że nigdy do Polski nie wrócę. Odcięłam się. Jednak po roku 1989 zaczęłam przyjeżdżać. Odświeżyłam dawne przyjaźnie i wciągało mnie to, co się tu dzieje. I wtedy Instytut Adama Mickiewicza zaprosił nas do zorganizowania wystawy w Londynie. Szukał partnerów, którzy znają polską kulturę, ale i mają na nią spojrzenie z zewnątrz. Zaczęła się przygoda.
Musiały panie wierzyć, że polski design jest coś wart.
Anka Pietrzyk-Simone: Wystawa Young Creative Poland (YCP) pokazała, że już zaistnieliśmy w środowisku. Mieliśmy mnóstwo dobrych recenzji, m.in. w „Financial Times”, „Elle Décor UK”, „Blueprint”, „Home Miami”, na portalach: Dezeen, Designboom. Wystawa będzie pokazana w polskich instytutach w Sztokholmie i Wilnie, także na Expo 2010 w Szanghaju. Ale liczy się nie tylko dobra prasa. Murray Moss zorganizuje Oskarowi Zięcie indywidualną wystawę w swojej galerii w Nowym Jorku. Monika Zawadzki została zaproszona z wykładami przez Royal College of Art w Londynie. Maja Ganszyniec (studio Kompott) wystawiała świetny system półek 6 degrees w galerii Do-Shop w londyńskim Soho. I szybko sprzedała całą kolekcję.
Pani dorobek i nazwisko też są kapitałem. Stoją przed wami otworem drzwi, do których inni musieliby się dobijać. Czy na YCP przyszłaby Zaha Hadid, nie mówiąc już o pani mężu?
M.M.-L.: Na pewno reputacja biura projektowego otwiera wiele drzwi, a przyjaźnie spowodowały zainteresowanie wystawą. Jednak to stwarza olbrzymią odpowiedzialność, wszyscy oczekują wysokiej jakości. Nie podjęłabym się zrobienia tej wystawy, gdybym nie wierzyła w wartość projektów. W czasie selekcjonowania prac i rozmów odkryłam niesamowitą energię, kreatywność, indywidualizm i nowe idee. To, co reprezentuje dobre projektowanie. – Teraz szykujecie się do skoku na Mediolan, na targi Salone del Mobile? M.M.-L.: Współpracujemy z architektem Moniką Unger. Z Moniką siedziałam w jednej ławce, a po latach zostałyśmy sobie na nowo przedstawione w Mediolanie u przyjaciół, Stefano Giovannoniego i jego żony (słynny włoski designer).
A pieniądze?
A.P.-S.: W strategię rozwoju kraju wpisana jest innowacja i design. I są możliwości dofinansowania z funduszy EU. Design staje się też motorem rozwoju i promocji miast. Widać to w Warszawie, Poznaniu, Gdyni, Cieszynie, Łodzi, Toruniu, Wrocławiu. Ministerstwo Gospodarki, MSZ i IAM doceniają korzyści, jakie może przynieść wystawa na Salone del Mobile. Podobnie nasz strategiczny partner, ComfortyLiving.
Kryzys gospodarczy nie stanie wystawie na drodze?
A.P.-S.: Przeciwnie, to dobry moment, żeby wyrwać się do przodu. Nie możemy więcej tracić czasu. Mamy szkolnictwo wyższe kształcące projektantów (w Poznaniu powstaje szkoła średnia rzemiosł artystycznych i Polska Akademia Designu, której merytorycznym opiekunem jest słynna trendsetterka Li Edelkoort), nasz przemysł meblowy jest czwarty na świecie, do Polski wracają uznani projektanci: Tomek Rygalik, Oskar Zięta, Maja Ganszyniec, Paweł Grobelny. To nasz kapitał, który trzeba wprowadzić do międzynarodowego obiegu. Chodzi o to, żeby Polska stała się ważnym graczem branży kreatywnej, która jest dochodowa.
Dlaczego Mediolan?
A.P.-S.: Nieobecni tu nie mają głosu… Salone del Mobile to najważniejsze światowe forum designu. W 2009 targi odwiedziło ponad 150 tys. obcokrajowców i ponad 124 tys. Włochów. Ile osób śledziło relacje, nie sposób zliczyć.
M.M.-L.: Mamy już miejsce, nie na samych targach, bo to impreza handlowa, ale na mediolańskim Triennale – Design Muzeum. To instytucja powstała w 1923 r. Polska brała udział w pierwszych wystawach w Monzie. Do Mediolanu przeniesiono je w 1933 r. Potem wracaliśmy w latach 60. i 70. XX w., zawsze, gdy w projektowaniu działo się u nas lepiej.















