Rozmowy kulturalne
Z miłości do starego kina
Martin Scorsese o filmie "Hugo i jego wynalazek", który zgarnął 11 nominacji do Oscara - opowiada Barbarze Hollender. Film od piątku na ekranach
Trudno w to uwierzyć: autor "Taksówkarza" i "Chłopców z ferajny" robi familijne kino w 3D.
Martin Scorsese: No, cóż, przepraszam... Czytaj recenzję filmu "Hugo i jego wynalazek"
To prawda, że nakręcił pan "Hugo i jego wynalazek" dla 12-letniej córki?
Zrobiłem ten film w równej mierze dla niej i dla siebie. Jeśli człowiek stale opowiada, że jesteśmy samotni i skażeni złem, może sam wpaść w depresję. Zatęskniłem za czymś jaśniejszym. Kiedy dwie starsze córki miały po kilka lat, byłem trzydziestoparolatkiem nieustannie zaabsorbowanym pracą i podróżami. Francesca urodziła się, gdy dobijałem sześćdziesiątki. W tym wieku obserwowanie, jak rośnie i rozwija się mały człowiek, jest niezwykłym doświadczeniem. Wyobraźnia dziecka kryje niebywałe tajemnice. Może sprawić, że świat – nie najlepszy przecież – pięknieje. To zabrzmi jak banał, ale każdy artysta powinien walczyć, żeby tę umiejętność w sobie zachować. Dzięki Francesce zrozumiałem, że czasem trzeba zapomnieć o rozliczaniu grzechów ludzkości, odpowiedzialności, pieniądzach i dać się ponieść tej pierwotnej, dziecięcej fantazji. Zobacz galerię zdjęć
Dlaczego wybrał pan książkę Briana Selznicka?
To jej ulubiona lektura, a poza tym w opowieści o samotnym chłopcu odnalazłem siebie sprzed lat. Byłem kiedyś równie osobny jak Hugo. Od trzeciego roku życia cierpiałem na ciężką astmę. Ataki duszności nie pozwalały mi się bawić z rówieśnikami, byłem skazany na izolację. Mieszkałem w nowojorskiej małej Italii, gdzie niemal codziennie widziało się na ulicach przemoc. Od tego wszystkiego, od samotności, strachu uciekałem w świat wyobraźni. I do kina.
Pana film jest też wielkim hołdem złożonym magii ruchomych obrazów. I pionierowi filmu, Georgesowi Meliesowi.
To nie jest historia wyssana z palca. Melies, jeden z pierwszych wielkich filmowców, autor m.in. nakręconej w 1902 roku opowieści science fiction "Podróż na księżyc", zbankrutował na początku lat 20. W odruchu rozpaczy spalił albo wrzucił do Sekwany większość swoich filmów i zaczął pracować w należącym do żony sklepie z zabawkami. I naprawdę, jak w "Hugo", ktoś go tam odnalazł. W 1928 roku w Paryżu odbyła się piękna gala na jego cześć.
Tę bajkę o miłości do dawnego kina opowiedział pan w popularnym 3D. Wielu artystów odwraca się od tej techniki.
Nie rozumiem ich. W tej chwili siedzimy i rozmawiamy w 3D, ulicę za oknem widzimy w 3D... Filmowcy zawsze marzyli o pokazywaniu na ekranie prawdziwego świata. A do tego potrzebowali dźwięku, koloru, wielkiego ekranu i głębi. Jednocześnie wielu twórców reagowało niechęcią na nowinki. Dźwięk i kolor bardzo długo przebijały się na ekran. Z głębią było jeszcze trudniej. Ludzie kina eksperymentowali z nią od dawna. Zachowało się nawet kilka taśm w 3D, które nakręcili jeszcze bracia Lumiere. Eisenstein i Orson Welles też próbowali osiągnąć w kinie głębię. W latach 50. chodziłem na filmy, dość kiepskie, ale robione w 3D. Byłem tą techniką zafascynowany przez całe życie, a James Cameron przekonał mnie "Avatarem", że dzisiaj może ona czynić cuda. Czekałem tylko na właściwy temat. Familijna bajka wydała mi się idealna.
I co dalej?















