Zbliżenie
Doktor House nie boi się prawdy
Z Lisą Edelstein rozmawia Barbara Hollender
Rz: Od czego, pani zdaniem, zależy, czy telewizyjny serial odniesie sukces?
Lisa Edelstein: To wypadkowa bardzo wielu rzeczy. Nie ma recepty na sukces i trudno powiedzieć z góry, czy serial będzie się cieszył powodzeniem. Reakcja widzów zawsze jest niespodzianką.
Od długiego czasu widownia kocha seriale, których akcja toczy się w szpitalu. Czym pani to tłumaczy?
Nie ma miejsca, w którym codzienne życie układałoby się bardziej dramatycznie niż w szpitalu. Tutaj przecinają się rozmaite kulturowe tradycje i różne ludzkie postawy. A poza tym wszyscy boimy się śmierci i wszyscy chcemy do ostatniej chwili zachować nadzieję, że uda się wygrać z losem.
„Dr House” pojawia się na ekranie już od sześciu sezonów, w Stanach we wrześniu ruszy siódmy sezon. Ten staż jest oczywiście ciągle znacznie krótszy niż np. „Ostrego dyżuru”, ale serial ma coraz większą rzeszę fanów na całym świecie.
Miło to słyszeć. My opowiadamy o bardzo ciekawych i nietypowych przypadkach medycznych, a na pierwszy plan wysuwa się w nich zawsze pacjent. „Ostry dyżur” znacznie bardziej przypomina soap-operę koncentrującą się na miłościach, małżeństwach czy rozczarowaniach życiowych samych lekarzy.
Pani bohaterka Lisa Cuddy jest endokrynologiem, dziekanem medycyny i administratorką szpitala. Kobietą energiczną i bardzo zasadniczą. Członkowie ekipy „Dr. House’a” mówią w wywiadach, że prywatnie jest pani zupełnie inną osobą.
To prawda. Mam znacznie lżejszy niż Cuddy stosunek do życia. Inaczej się zachowuję, inaczej ubieram. Ludzie, którzy mnie poznają, są zdziwieni, jak bardzo jesteśmy różne. No, ale w końcu na tym polega aktorstwo. Zresztą coś nas też łączy: kochamy niezależność.
Gra pani kobietę interesującą i nowoczesną, ale mam wrażenie, że ta nowoczesna kobieta tęskni czasem za stabilizacją i rodziną.
Nie sądzę, by Cuddy chciała wychodzić za mąż i być czyjąś żoną. Pewnie chciałaby mieć dziecko i jakoś ten problem rozwiązuje. Tu rozumiem jej wybory. Mam przyjaciół, którzy mają szczęśliwe rodziny i wychowują wspólnie dzieci, ale też znam wielu singli, którzy tego nie potrzebują. Ja sama nie założyłam rodziny nie dlatego, że jestem przeciwniczką rodzenia dzieci. Po prostu tak, a nie inaczej ułożyło mi się życie. I musiałam się z tym pogodzić, bo inaczej być może nie potrafiłabym się czuć szczęśliwa. Każdy ma prawo do swojej własnej drogi. Moja bohaterka też.
Czy myśli pani, że przez tych sześć lat Cuddy się zmieniła?
Bohaterowie seriali w gruncie rzeczy nie bardzo mogą się zmieniać, bo po pierwsze widzowie się do nich przyzwyczajają, po drugie mogłaby wówczas runąć cała koncepcja cyklu, a wreszcie – po trzecie – człowiek w ogóle tak bardzo się nie zmienia. Dlatego powiedziałabym raczej, że po prostu w miarę upływu czasu poznajemy nowe cechy naszych bohaterów, obserwujemy ich w różnych sytuacjach, dokopujemy się głębiej do ich psychiki.
Ciekawa jestem, czy rozmawia pani czasem ze scenarzystą Davidem Shore’em i czy ma pani wpływ na losy swojej bohaterki?
David jest wyjątkowo otwartym człowiekiem. Miałam kilka pomysłów, którymi się z nim podzieliłam, a on zwykle starał się je wykorzystać. Taki rodzaj współpracy zdarza się w kinie i w telewizyjnych serialach, a nawet w soap-operach niezmiernie rzadko. Ale też ja nigdy nie próbowałam na Davida w jakikolwiek sposób naciskać. Nie śmiałabym tego robić. Myślę, że on wykonuje znakomitą, niewiarygodną wręcz, robotę.
Pani ojciec był lekarzem, teraz pani gra lekarza i dyrektora szpitala. Jest pani już ekspertem w sprawach medycznych?
Ekspertem? Nie! Do tego trzeba skończyć wieloletnie studia.
A pani znajomi nie proszą o rady w sprawach zdrowotnych?
Zdarza się, że moi przyjaciele pytają mnie o to i owo. Występuję przecież w medycznym serialu od lat, trochę się napatrzyłam, poznałam słownictwo medyczne. Poza tym kocham medycynę i uwielbiam rozwiązywanie tych niesamowitych zagadek, jakimi w „Dr. Housie” bywają kolejne przypadki chorobowe. Dlatego w życiu lubię bawić się w diagnozowanie, ale oczywiście nie odważyłabym się nikomu niczego radzić. Czasem nawet zaczynam coś kojarzyć, ale zawsze takie „porady” kończą się moim stwierdzeniem: „Idź do lekarza”.















