Muzyka
Niezapomniana Walentynka
Czy warto przyjechać do Wrocławia dla jednego tylko utworu? Tak, żeby posłuchać najbardziej poruszającego wykonania naszego ulubionego tematu.
Kto nie lubi „My Funny Vallentine”? Wzruszającej ballady, którą grał Miles Davis i śpiewał Chet Baker. To jeden z najpopularniejszych jazzowych standardów.
Kontrabasista Ron Carter, gwiazda festiwalu Jazz nad Odrą, zapowiedział go po prostu: „To jest moja ulubiona ballada”. Wstęp należał do pianisty Jacky’ego Terrassona. Skupiony, pochylony nad klawiaturą starannie dobierał dźwięki, robił pauzy pozwalając wszystkim wczuć się w nastrój. Po chwili dołączył Ron Carter, szarpiąc struny z takim uczuciem, tak przeciągając dźwięki, że wydawało się jakby jego kontrabas śpiewał.
Zasłuchany odniosłem wrażenie, że czas się zatrzymał. Wielka i mało przytulna hala Wytwórni Filmów Fabularnych zmniejszyła się do rozmiarów klubu, w którym tych dwóch romantyków snuło swoją miłosną historię tylko dla mnie. W dobie licznych koncertów, przeróżnych wykonawców szukamy właśnie takich chwil, które pozwolą zapomnieć o bożym świecie.
Na koniec występu Ron Carter zapowiedział tytułowy utwór ze swojego albumu „The Golden Striker”. To właściwie mini suita z kilkoma tematami w różnych tempach.
Tu dołączył trzeci członek tria, gitarzysta Russell Malone, a każdy z muzyków zagrał pasjonujące solówki. Zespoły złożone z gwiazd nie zawsze odnoszą sukces, ale jeśli pomiędzy artystami tworzy się silna nić porozumienia i potrafią się słuchać, można być pewnym powodzenia.
Chociaż Ron Carter nie starał się zająć pozycji lidera, było wiadomo, że ten wybitny weteran, członek najlepszych zespołów w historii jazzu, nadaje ton muzyce. Trudno o bardziej wyrafinowane harmonie, chwytliwe melodie połączone z wirtuozerią niż te, które zaprezentowało trio Carter/Terrasson/Malone. A wspomniany utwór wprowadził słuchaczy w tak pogodny nastrój, że domagali się kolejnych bisów.
Druga gwiazda piątkowego wieczoru dostarczyła zupełnie innych emocji. Saksofonista David Sanborn należy do najwybitniejszych przedstawicieli stylu fusion. Kiedy powiedziałem mu, że w Polsce kojarzony jest raczej ze smooth jazzem, powiedział: - Nienawidzę tego określenia. Jeśli ktoś zagra balladę, natychmiast trafia w tę przegródkę. Myśląc tymi kategoriami album „Kind of Blue” można by zaliczyć do smooth jazzu - dodał.
Żaden jego album, ani koncert jaki widziałem, nie daje powodów, by mylnie klasyfikować jego muzykę. Sanborn, to kwintesencja fusion, artysta świadomie czerpiący natchnienie z różnych stylów, ale najwięcej z soul jazzu, bluesa i funku. Teraz ma w swym zespole najlepszego organistę na świecie - Joeya DeFrancesco i perkusistę Gene’a Lake’a.
To mu wystarczy, żeby stworzyć zmasowane brzmienie zdolne poderwać każdego do zabawy. Aż trudno uwierzyć, że ten wątły w swej budowie muzyk może wykrzesać z siebie tyle energii. Jego solówki miały w sobie ekspresję rhythm and bluesa i popową melodykę. Moim zdaniem to atut artysty. Wielu muzyków chciałoby tak grać, żeby mieć większą publiczność. A wirtuozerii nikt nie może mu ująć.
Ostatnie dwa albumy Sanborna zostały zainspirowane twórczością Raya Charlesa. Najnowszy „Only Everything”, właśnie się ukazał i został nagrany w trio, choć z innym perkusistą. Tytułowy utwór saksofonista napisał dla swojej pierwszej wnuczki - Genevive. Tę urokliwą balladę zagrał niemal z tkliwością. Był też temat „Let the Good Times Roll” nieodłącznie związany z Rayem Charlesem.
O dziwo, partię wokalną wykonał Joey DeFrancesco i to całkiem nieźle. Trochę byłem zawiedziony, że najwybitniejszy jazzowy organista nie przywiózł ze sobą swego koronnego instrumentu - Hammonda B3. Ale okazało się, że współczesna technika potrafi podrobić całkiem sugestywnie to charakterystyczne, modulowane brzmienie.
Sanborn zagrał również bluesa, a o takie koneksje chyba nikt go nie podejrzewał. - To opowieść o przyjacielu, który nie miał w życiu szczęścia i ciągle trafiał na niewłaściwe kobiety - zapowiedział utwór lider. Nie może być lepszego tematu dla bluesa i lepszych instrumentów jak saksofon i organy by wyrazić miłosny zawód. Sanborn potraktował temat „I Got News For You” z ironicznym dystansem, na jaki pozwolić sobie może mężczyzna po 60., który odniósł niewątpliwy sukces. Dzięki własnej, intensywnej pracy, a nie dzięki kobietom.













