Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Literatura

Mój tata Ryszard Kapuściński

archiwum prywatne
Rene Maisner opowiada „Rz” o swych relacjach z ojcem, na świecie znanym jako Cesarz Reportażu. Zapamiętała go jako człowieka ambitnego i pracowitego, wrażliwego, ale niechętnie mówiącego o uczuciach. W środę mija pierwsza rocznica śmierci pisarza
RZ: W finale „Wojny futbolowej” pani ojciec przywołał fragment powieści „Moby Dick”, który jest metaforą jego reporterskiej wędrówki dookoła świata. „Wszelako dokądże wiedzie taka podróż? Wiedzie ona przez niezliczone niebezpieczeństwa właśnie do tego samego punktu, z któregośmy wyruszyli; tam, gdzie ci, których w bezpieczności pozostawiliśmy za sobą, byli i tak przez cały czas, pierwsi przed nami”. Jak zapamiętała pani powroty ojca z takich wypraw? Rene Maisner: Widzę taką scenę: mam dziesięć lat, mama chodzi po mieszkaniu, trzyma w ręku list i płacze. Tata przebywał wówczas w Afryce Wschodniej, gdzie zapadł na malarię. Wyniknęły komplikacje i mógł umrzeć. Mama wyjechała, by się nim zaopiekować, a ja zostałam z babcią. Minął rok. Któregoś dnia wieczorem wybrałam się do koleżanki, a tu nagle przychodzi po mnie mama. Powiedziała: „Wróciliśmy”. Pobiegłam do domu, tata mocno mnie przytulił. Zawsze tak robił – ściskał mnie mocno i długo. Był człowiekiem, który okazywał uczucia, ale nie potrafił o nich mówić. Słuchał cierpliwie, ciekawiło go, co ma do powiedzenia człowiek spotkany gdzieś na końcu świata, ale sam raczej milczał. Podobnie traktował mnie. Po powrocie do domu poświęcał dwa dni, by dowiedzieć się, jak wygląda moje życie. Potem pochłaniała go praca: spotkania, rozmowy, pisanie. Ojciec poważnie traktował swoją rolę – człowieka, który porzuca wspólnotę i rusza w podróż, by poznać i przybliżyć pobratymcom inne kultury. Godził się płacić za to cenę – bo rozstając się na jakiś czas z krajem, rozstawał się też z rodziną. Chce pani powiedzieć, że ojciec nie zawsze był blisko wtedy, gdy go pani potrzebowała?
Z lat dziecięcych pamiętam, że spotkania z nim były zwykle nieoczekiwane. Kiedy się pojawiał, cieszyłam się, że znów będzie z nami. Ale z drugiej strony nie potrafiłam okazać żalu z powodu rozłąki. Po prostu zbyt długo przebywał na innej półkuli. Tata rozumiał to i starał się wynagrodzić stracony czas. Gdy miałam kilka lat, przywoził mi lalki. Dziesięć lat później obdarowywał upominkami i ubraniami szytymi przez ludowych artystów z Meksyku czy Peru. To były czasy dzieci kwiatów i takie rzeczy stawały się modne. Zresztą, podobnie noszę się do dziś. Czy opowiadał pani o świecie, który widział? Po każdym powrocie zapraszał do domu przyjaciół, by podzielić się z nimi wrażeniami i przemyśleniami z wędrówek po świecie. Przysłuchiwałam się tym opowieściom. Docierało do mnie, czego tak naprawdę był świadkiem, czego doświadczył. Czy wpłynął na pani życiowe wybory? Zainteresowanie sztuką i fotografią wyniosłam z domu. W naszym warszawskim mieszkaniu, przy ulicy Nowolipki, wisiały pocztówkowe reprodukcje dzieł wielkich malarzy XIX i XX wieku: Van Gogha, Cezanna, Utrillo, Modiglianiego, Picassa. Ojciec nie tylko fotografował, ale także sam wywoływał zdjęcia. W ciemnię zamieniał kuchnię. To było fascynujące, gdy na białym papierze pojawiały się zarysy krajobrazów lub sylwetki ludzi. Gdy miałam 15 lat, wyjechałyśmy z mamą do ojca do Meksyku. Spędziłam tam półtora roku. Chodziłam do szkoły, nauczyłam się hiszpańskiego. Później studiowałam iberystykę. Pobyt w Meksyku rozwinął moje zainteresowanie sztuką, której w końcu zdecydowałam się poświęcić. Ojciec uświadomił mi, że bardzo ważna jest specjalizacja w określonej dziedzinie. On sam został ekspertem od problemów Trzeciego Świata. Powtarzał: „Dałem głos ubogim, bo sam wiem co to bieda”. To szczere słowa. Niedawno pojechałam do jego rodzinnego Pińska. Miasto tworzą stare drewniane wiejskie zabudowania, odremontowane kamienice i powojenne blokowiska. Wciąż można się domyślić, jak Pińsk wyglądał przed wojną. Nędzne domki, przeważnie nieskanalizowane, istnieją do dziś. W czasie wojny ojciec zaznał w Pińsku biedy i głodu. Miał to w pamięci, gdy rozmawiał z biedakami w krajach Trzeciego Świata. Był człowiekiem ambitnym. Starannie przygotowywał się do pisania, później długo szlifował tekst. Na początku kariery postanowił, że będzie pisał mało, a dobrze. Wiedział, że w związku z tym nie zbije majątku. Strona materialna życia nigdy go nie interesowała. Od kiedy czyta pani jego książki? Większość z nich napisał po moim wyjeździe do Kanady. Myślę, że ojca zaczęłam poznawać na odległość. Odkryłam, że w książkach prowadzi narrację w tempie, w jakim opowiadał. Dlatego każdy, kto sięga po tę prozę, nawiązuje z autorem bezpośredni kontakt. Jak zapamiętała pani wydarzenia sprzed roku? Przed pogrzebem spotkałam wielu ludzi, którzy tatę kochali. Wiedzieli o nim rzeczy, o których nie miałam pojęcia. To było bolesne. W tamtych dniach smutek wywołany odejściem taty mieszał mi się z żalem za czasem, jakiego razem nie spędziliśmy. Uświadomiłam sobie, że wspólnych chwil było mało. Zbyt mało. rozmawiał Bartosz Marzec Rene Maisner (ur. 1953) – artystka fotograf. Ukończyła Iberystykę i Historię Sztuki na British Columbia University w Vancouver. Zajmowała się malarstwem, rzeźbą i instalacją. We wrześniu w warszawskiej Kordegardzie otwarta zostanie wystawa jej prac. „Dałem głos ubogim” to tytuł książki, która do sprzedaży trafi rok po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego. Znajdziemy tu ciekawy zapis bogatej w spotkania i rozmowy wyprawy Ryszarda Kapuścińskiego do Włoch. Przez ten kraj wiodła jego pierwsza podróż – w 1956 r. – i ostatnia, która miała miejsce pięćdziesiąt lat później. W książce zebrano uwagi o misji reportera, zależności kultury i natury, wreszcie o konieczności zniesienia podziału świata na biednych i bogatych. Wszyscy, którym reporter był bliski, mogą przyjść w środę o 18. do warszawskiego kościoła Świętego Krzyża, gdzie odprawiona zostanie msza święta. b.m.
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL