Publicystyka
Rakietowy gambit Obamy
Barack Obama poświęcił Polskę w obliczu realnego zagrożenia pierwszym, zaczepnym atakiem nuklearnym współczesnego świata planowanym na Izrael – pisze publicysta
Jeden z największych szachistów świata Garri Kasparow w książce „Jak życie imituje szachy” pisze, że pierwszym stopniem do opanowania gry politycznej jest rozpoznanie wrogów i przyjaciół – „zadanie łatwe na czarno-białej szachownicy, ale znacznie trudniejsze w szarej materii polityki”. Teorię Kasparowa potwierdza zagubienie, z jakim polska dyplomacja porusza się po czarnych i białych polach amerykańskiej polityki, czego efekty co pewien czas boleśnie dają o sobie znać.
Choć bardzo ta prawda nas, Polaków, boli, ale trzeba sobie jasno powiedzieć: Polska jest w tej grze pionkiem, nie królową – i w dodatku pionkiem poświęconym w celu uzyskania przewagi w gambicie Obamy, który można było przewidzieć.
Ruchy wstępne
Kandydat na prezydenta USA Barack Obama zapewniał, że gdy zostanie prezydentem, pozostawi tarczę antyrakietową jako koncepcję obronną USA, pod warunkiem, że system ten będzie sprawny. Czy Obama kłamał? Nie. W języku polityki jego wypowiedź zawierała dwa elementy: tarcza antyrakietowa pozostanie głównym elementem obronnym Stanów Zjednoczonych. Fakt. Drugi człon oświadczenia był warunkowy – kontynuacja systemu w zależności od jego efektywności – co zostawiało przyszłemu prezydentowi niezbędne pole manewru.
Za rok będzie inny Kongres, a za trzy lata być może nie będzie Obamy. Tarcza antyrakietowa jest i pozostanie, podobnie jak podpisy na dokumentach sprzed roku
Taką samą furtkę zostawił sobie zresztą George Bush w pakcie Sikorski – Rice o budowie komponentów tarczy w Polsce. Umowę opatrzono bowiem klauzulą „przesuwającą rakiety Patriot z Niemiec do Polski ze 100-osobową obsługą amerykańskich żołnierzy w razie problemów z wdrażaniem koncepcji tarczy rakietowej w Polsce”.
Sekretarz obrony USA Robert Gates podczas spotkania ministrów obrony NATO w Krakowie 20 lutego 2009 r. przypomniał polskim sojusznikom, że „już rok temu (za prezydentury Busha) sygnalizował Rosjanom, że jeśli nie będzie irańskiego programu rakietowego, nie będzie też potrzeby budowy silosów dla rakiet przechwytujących w Polsce”.
11 lutego 2009 r. podsekretarz Stanu ds. politycznych William J. Burns przekazał poufny list Baracka Obamy do Dmitrija Miedwiediewa. Polski MSZ musiał znać tę notatkę choćby dlatego, że treść listu przeciekła do dziennika „New York Times”. „Jeśli Rosja pomoże zlikwidować zagrożenie ze strony Iranu, nie będzie potrzeby budowania systemu obrony rakietowej w Europie Wschodniej” – napisano w nim. Dwa miesiące później do tak przygotowanej szachownicy zasiedli w Londynie prezydenci USA i Rosji, dogrywając los polskich instalacji tarczy w kolejnym spotkaniu w Moskwie.
Wydaje się mało prawdopodobne, by polski MSZ nie śledził tego dialogu mocarstw toczącego się ponad naszymi głowami. Dlaczego więc nasuwa się nieodparte wrażenie, że polskie władze są gambitem Obamy zaskoczone? A może zaskoczenie rządzących jest elementem populistycznej gry z narodem, który tarczy antyrakietowej nie chce, ale zamiast się cieszyć, krzyczy za polskimi mediami: „zdrada!”. Może lepiej grać w rankingi popularności, a po przegranej szachowej partii zwalić wszystko na amerykańskich cwaniaków? Może cena za etykietę wykiwanych nie jest taka wysoka? Może jest niższa niż cena, którą trzeba by zapłacić, próbując uświadamiać Polakom, że droga do uznania świata nie musi polegać na utrzymywaniu mitu Polski jako kraju z misją? Może czas na polski pragmatyzm?
Poświęcenie polskiego pionka
Gambit Obamy poświęcił Polskę w obliczu realnego zagrożenia pierwszym, zaczepnym atakiem nuklearnym współczesnego świata planowanym na Izrael. W Jerozolimie nikt nie ma wątpliwości, gdzie poleci pierwsza rakieta z głowicą nuklearną irańskiego „programu energetycznego” i dla Izraela jest to walka o byt, w której pozostaje mało miejsca na kompromisy.
Wystarczyło spojrzeć na miny polityków w czasie „przyjacielskiego” spotkania Baracka Obamy i Beniamina Netanjahu w Białym Domu. W półtoragodzinnej rozmowie w cztery oczy premier Izraela miał uświadomić amerykańskiemu prezydentowi, kto jest kto i co jest czym na szachownicy Bliskiego Wschodu.














