W Juarez każdy może bezkarnie zabić kobietę

aktualizacja: 03.01.2008, 10:13
Foto: kino świat

Leżące na granicy Meksyku i Teksasu miasto Juarez to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Szczególnie dla ładnych i biednych dziewcząt. Od 1993 r. zamordowano ich około pięciuset, drugie tyle zaginęło bez wieści

Guadelupe, Cristina, Leticia i kilkaset innych kobiet, których nazwiska figurują w zamykającym książkę spisie ofiar, zginęło w podobnych okolicznościach. Znaleziono je zakopane w ziemi całkowicie lub do połowy, nagie, z poważnymi obrażeniami, przed śmiercią wielokrotnie zgwałcone. Pierwsze ciała zostały odkopane w 1993 r.
Do dziś meksykańska policja nie wskazała sprawców. Do więzienia trafiło kilku mężczyzn, ale to marionetki – obciążające ich zeznania i dowody były spreparowane. Winni nie zostali, a jeśli wierzyć dziennikarskiemu śledztwu Marca Fernandeza i Jeana-Christofa Rampala, nigdy nie zostaną ukarani.
Autorzy dokumentu „Miasto morderca kobiet” spędzili w Juarez dwa lata. Ich książka to mozolna przeprawa przez gąszcz kłamstw i przestępczych powiązań łączących najgroźniejszy meksykański kartel narkotykowy, lokalną policję, władze stanowe i państwowe. Książka trzyma w napięciu, mimo że nie jest historią fabularyzowaną ani nawet zredagowaną w stylu powieści sensacyjnej.
Śledzimy różne wątki, błądzimy wśród wykluczających się zeznań wymuszonych torturami i niezgodnych z dowodami. Słuchamy zrozpaczonych matek, zastraszanych świadków i prawników, unikających odpowiedzi sędziów i policjantów, wreszcie rozgoryczonych, bo niesłusznie osadzonych w więzieniu, ludzi. Wiadomo na pewno tylko to, że winnych jest wielu. Według kryminologów tylko część kobiet to ofiary seryjnych morderców. Niektóre zabili psychopaci, inne poddano torturom typowym dla gangów narkotykowych, jeszcze inne ukamienowano lub duszono.
Klucz do zagadki zabójstw leży w kulturze – autorzy wskazują na kult macho i władzę mafijnych bossów
Prawdopodobnie część sprawców stanowią mieszkańcy miasta – mafiosi, gangsterzy, policjanci, kierowcy autobusów, którymi kobiety dojeżdżają do pracy, ale też po prostu mężowie czy kochankowie ofiar. Inni są obywatelami USA. Za symboliczne 35 centów pokonują most na Rio Bravo, mordują, po czym wracają do Stanów. Podejrzenia padły też na amerykańskich żołnierzy z przygranicznej jednostki.
Wszystkich łączy jedno – przekonanie, że w Ciudad Juarez każdy może zabić kobietę i uniknąć konsekwencji. Ta straszliwa prawda obiegła świat, gdy Amnesty International i ONZ opublikowały potwierdzające ją raporty. Autorzy książki szukają nie tyle konkretnych sprawców, ile odpowiedzi na pytanie, dlaczego dochodzi do tych zbrodni.
Ich zdaniem decydujące znaczenie ma specyficzna sytuacja społeczno-gospodarcza miasta, ale przede wszystkim kult macho. Morderstwa w Juarez to czubek góry lodowej, bo w całym kraju codziennością są pobicia, gwałty i przemoc psychiczna wobec kobiet. Klucz do sprawy tzw. umarłych z Juarez leży więc w kulturze.
Pogardliwe traktowanie kobiet tkwi u korzeni meksykańskiej mentalności. Pisał o tym w swych esejach Octavio Paz, a także inny autor – Juan Rulfo. Symboliczną i historyczną matką narodu meksykańskiego jest Malinche, Indianka, która w XVI wieku była tłumaczką i kochanką hiszpańskiego konkwistadora Hernána Cortésa. Z tego związku urodził się syn – pierwszy Metys, pierwszy Meksykanin. Malinche – matka narodu – uosabia ofiarę gwałtu, ale i zdrajczynię. Jest często określana obraźliwym terminem La Chingada, czyli zgwałcona. Ten historyczny akt przemocy wyjątkowo łatwo odtworzyć właśnie w Juarez. Bo tu do pracy w zagranicznych, głównie amerykańskich, fabrykach zwanych maquilladoras ciągną tłumy dziewczyn. Zwykle ubogich, niewykształconych i często nieletnich. Fałszują dokumenty i zostawiają rodziny, byle móc się zatrudnić. Są przyjmowane do pracy chętniej niż mężczyźni, bo okazują się bardziej staranne, a przede wszystkim posłuszne. Wychodzą z fabryk i wędrują do domów przez opuszczone, położone na skraju miasta tereny.
Zwykle tam porzucane są ich ciała. Potem znajdują je policjanci, bywa, że zamieszani w zabójstwa. Większość śledztw jest umarzana, zanim naprawdę się zacznie. Mimo makabrycznej sławy do Juarez przyjeżdża coraz więcej dziewczyn z nadzieją na pracę i przeprowadzkę do USA. Lista ofiar wciąż się wydłuża, a kolejni prokuratorzy rozkładają ręce.
Dobrze udokumentowana książka dwóch dziennikarzy też niczego nie zmieni. Autorzy co prawda zdemaskowali kłamstwa śledczych i obalili wątpliwe dowody, ale nie dotarli do prawdy – nie poznamy nazwisk ani dowodów.
Tragedia Meksykanek
W „Mieście śmierci” Gregory’ego Navy jest wszystko, czego wymaga film sensacyjny: miasteczko na granicy meksykańsko-amerykańskiej, trupy młodych kobiet bestialsko gwałconych i zabijanych, dziennikarka, która przyjeżdża do Juarez, żeby przeprowadzić własne śledztwo. Można tu również znaleźć elementy kina społecznego. Sprawę otacza mur milczenia. Kobiety, które przeżyły atak, są zastraszone. Żyjące w nędzy rodziny ofiar nie mają żadnych możliwości, by się upomnieć o sprawiedliwość, a miejscowej policji wyraźnie nie zależy na wyjaśnieniu tajemnicy. Tymczasem każdy tydzień przynosi nowe zbrodnie.
Gregory Nava potrafi stopniować napięcie, umiejętnie prowadzi dziennikarkę, towarzyszącego jej kolegę z miejscowej gazety i widzów ku rozwiązaniu tragicznej zagadki. Pomagają mu Antonio Banderas i Jennifer Lopez, którzy w filmie Navy grają skromnie i przekonująco. Można powiedzieć: ambitny, sprawnie zrealizowany thriller.
Co sprawia, że „Miasto śmierci” ma większą moc niż zwykłe kino sensacji, że trafiło nawet do prestiżowego konkursu berlińskiego? Życie. W promocji filmu brały udział matki zabitych dziewczyn, które po raz pierwszy poczuły, że dzięki filmowcom uda się wreszcie nagłośnić tuszowaną przez miejskie elity sprawę. Bo opisywana tragedia naprawdę dotknęła Juarez.
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE