Podatek dochodowy PIT
Haracz od życzliwości
- Pietryga: Czy naprawdę trzeba opodatkować życzliwość
- Darmowa przysługa to opodatkowana korzyść
- Interpretacja indywidualna dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z 18 lipca 2008 r. w sprawie opodatkowania inicjatywy "Banku Czasu" (IBPB2/415-578/08/MK)
- Szkodliwa interpretacja
- Czy trzeba płacić daninę od uprzejmości
- Pomoc sąsiedzka bez skutków w PIT
- Sąsiedzkie przysługi jednak bez podatku
Fiskus chce opodatkować osoby, które pomagają sobie w codziennych sprawach, na przykład sprzątają mieszkanie za naukę angielskiego
- Czy oznacza to, że nie można sobie już nawet nawzajem pomagać, aby nie podpaść urzędowi? – dziwi się Elżbieta Kurek, założycielka opolskiego banku czasu, grupy wzajemnie wspierających się osób.
– Świadczymy sobie zwykłe codzienne przysługi, takie jak pomoc w przygotowaniu przyjęcia, odebranie dziecka ze szkoły, naprawa kranu – opowiada Piotr Bielski z fundacji Białe Gawrony, prowadzący podobną grupę w Łodzi. – Robimy to społecznie, od czego więc płacić podatek?
Fiskus jest jednak bezwzględny. Każdą korzyść musimy opodatkować – czytamy w katowickiej interpretacji – czy jest to mycie okien, czy wyprowadzenie psa. Urzędnicy wiedzą też, jak to zrobić. Trzeba ustalić rynkową wartość przysługi. Przykładowo osoba, która korzysta z darmowej nauki angielskiego, powinna sprawdzić, ile kosztuje lekcja na mieście.
Inne uprzejmości też można wycenić – nawet taka usługa jak spacer z psem ma swoją wartość. Według internetowych ofert za wyprowadzenie czworonoga trzeba zapłacić od 5 do 15 złotych za godzinę. Jeśli ta przysługa jest darmowa, powstaje przychód z tzw. nieodpłatnego świadczenia. Wpisujemy go w zeznaniu rocznym i płacimy PIT – 18 albo 32 proc.
Z opodatkowania zwolniona jest tylko darmowa pomoc w rodzinie.
- Interpretacja katowickiej izby budzi grozę – mówi Arkadiusz Michaliszyn, partner w kancelarii CMS Cameron McKenna. – To przykład absurdu, który utrudnia ludziom życie.
- Opodatkowanie każdej uprzejmości to fiskalny totalitaryzm – wtóruje Jerzy Bielawny, wiceprezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Takie postępowanie sprowadzi do podziemia wszystkie cenne społecznie inicjatywy.
Skąd urząd może wiedzieć, że obywatele sobie pomagają? Społecznicy często ogłaszają się w Internecie, informują o swoich działaniach media. W bankach czasu czy innych podobnych organizacjach przysługi są rejestrowane i przeliczane na godziny pracy. Jeżeli ktoś skorzysta z godziny pomocy – na tyle się zadłuża i może (ale nie musi) się potem odwdzięczyć innej osobie. Nie jest to więc sfera niedostępna dla fiskusa, bo po tych działaniach zostaje ślad w dokumentach.
- Tylko czy warto ścigać za życzliwość? – pyta Katarzyna Kopczak-Zagórna ze Stowarzyszenia Wspierania Inicjatyw Społecznych. – Ludzie mogą pomyśleć: po co pomagać, skoro ryzykuje się spór z urzędem – podsumowuje Piotr Bielski z fundacji Białe Gawrony.
Skomentuj ten artykuł















