Sylwetki

Kolekcjonerstwo pomaga w biznesie

Rzeczpospolita
- Zagraniczni goście, którzy u mnie w domu oglądają mój księgozbiór, kiedy ich odwiedzę, nie zapraszają mnie już tylko do biura lub restauracji. Też goszczą mnie w swoich domach - mówi Zbigniew Zarywski, bibliofil
Rz: Jest pan prawnikiem, właścicielem firmy odzieżowej, która na eksport szyje m.in. nowoczesne skafandry dla żeglarzy. Często odwiedzają pana zagraniczni biznesmeni. Czy w międzynarodowych interesach pomaga fakt, że jest pan bibliofilem?
Zbigniew Zarywski: Wysyłam moim kontrahentom życzenia na Boże Narodzenie lub z okazji innych świąt. Zamawiam w tym celu oryginalne grafiki specjalnie zaprojektowane i wykonane na tę okazję przez wybitnych polskich artystów. Niektórzy adresaci reagowali zdumieniem, że z Polski dostają przesyłki tak wysmakowane pod względem estetycznym. Zauważyłem, że zagraniczni goście, którzy u mnie w domu oglądają mój księgozbiór, kiedy ich odwiedzę, nie zapraszają mnie już tylko do biura lub restauracji. Też goszczą mnie w swoich domach.
Nawiązanie przyjacielskich relacji jest na pewno miłe. Jednak jakość biznesowej współpracy zależy przede wszystkim od mojej zawodowej wiarygodności. Odwiedzający mnie zachodni biznesmeni są mile zaskoczeni, gdy proszę ich o wpis do eleganckiej „Księgi gości”. Zdobył pan coś do kolekcji na świecie? Niedawno kupiłem w Niemczech dużego formatu dwa miedzioryty z 1750 roku, ok. 70 na 100 cm. Przedstawiają one sceny z pogrzebu wnuczki króla Jana III Sobieskiego w Bazylice św. Piotra w Rzymie. Kosztowały ok. tysiąca euro. Jeszcze parę lat temu polonika na świecie były średnio ok. 40 proc. tańsze niż w kraju. Teraz jednak coraz trudniej o okazyjne zakupy, ponieważ dzięki Internetowi zarówno kolekcjonerzy, jak i antykwariusze mogą docierać do oferty antykwariatów dosłownie w każdym zakątku świata.Kiedyś na zachodniej aukcji okazyjnie kupiłem mszał, który należał do papieża Klemensa XII. Na kunsztownej oprawie wykonanej przez najsłynniejszego włoskiego introligatora widnieje papieski superekslibris. Księga pochodziła z prywatnej kolekcji rodziny Philipsów, właścicieli powszechnie znanej na świecie firmy. Papieska książka z kolekcji Philipsów za okazyjną cenę...? Tak, ponieważ spadkobiercy wystawili na sprzedaż zawartość domu. Nie była to aukcja specjalistyczna, gdzie wszystkie przedmioty są starannie rozpoznane i oferowane jako odrębne dzieła. Jako klient poczułem zdziwienie, że spadkobiercy postanowili rozproszyć kolekcjonerski dorobek kilku pokoleń rodziny. Myślałem wtedy, że tej klasy eksponaty trafić powinny do rodzinnego muzeum. Jaki jest program pana kolekcji? Zbieram książki dotyczące historii Polski, zwłaszcza polskich zwycięstw. Dlatego tak wysoko cenię króla Sobieskiego. Przejął kraj w złym stanie, scalił i stworzył silne państwo. Wysoko cenił kulturę, zawsze na wyprawy zabierał podręczną biblioteczkę. Listy króla Sobieskiego sześć, siedem lat temu kosztowały ok. 400 – 500 zł. Dziś mają ceny wywoławcze ok. 2,5 – 3 tys. zł. Od lat rozwijam w kolekcji kilka działów, takich jak np. sztuka, architektura. Książki zbieram od ponad 20 lat. Od kilkunastu lat interesują mnie książki o cechach czysto bibliofilskich. Treść jest mniej ważna, liczy się przede wszystkim forma: grafika, typografia, piękny papier i oprawa artystyczna. Mam dzieła najlepszych polskich introligatorów, np. Aleksandra Semkowicza, Bonawentury Lenarta, Franciszka Radziszewskiego. Wysoko cenię prace Roberta Jahody. Są subtelne pod każdym względem, kolorystycznym, stosowanych zdobień, zwłaszcza delikatnych tłoczeń. Wszystkie ozdoby są idealnie zharmonizowane. Dziś na aukcjach lepsze dzieła Roberta Jahody osiągają ceny ok. 2 – 3 tys. zł. Zdarza się panu przepłacać? Zachowało się tak niewiele zabytków naszej kultury, że słowo „przepłacać” wydaje mi się zupełnie niewłaściwe. Ilekroć mam wrażenie, że w czasie licytacji nierozsądnie nadpłaciłem ponad aktualną wartość materialną, rynek błyskawicznie niweluje tę pozorną nadpłatę. Szybko się okazuje, że kupiłem tanio, bo podaż bibliofilskich poloników, z oczywistych powodów, jest wyjątkowo niska. I nie ma żadnych podstaw, by oczekiwać, że kiedykolwiek będzie ich więcej. Natomiast równocześnie rośnie gwałtownie popyt, ponieważ pojawiła się duża grupa młodych zamożnych menedżerów, którzy gotowi są płacić każde pieniądze. Dlatego polskie białe kruki mogą tylko drożeć. Oczywiście mam na myśli obiekty klasy muzealnej, najrzadsze. Przy niskiej podaży częściej żałuję, że czegoś nie kupiłem, niż że przepłaciłem. Licytowanie to trudny proces decyzyjny. Rozglądam się, obserwuję twarze potencjalnych konkurentów, wsłuchuję się w ich komentarze na przedaukcyjnej wystawie. Kolekcjonerów z prawdziwą pasją nierzadko cechują zachowania nieracjonalne. Czasami mam wrażenie, może się mylę, że niektórzy licytują jedynie z powodów ambicjonalnych, żeby ktoś inny nie zdobył danej rzeczy. Licytują, nawet jeśli sami nie zbierają przedmiotów danej kategorii. Ale bez pasji, bez ambicji nie powstaną nowe wartości. To budzi optymizm, że pojawili się młodzi kolekcjonerzy. Na pewno tak! Jednak prawdziwych kolekcjonerów nadal jest u nas bardzo mało. Pod koniec XIX wieku dla ludzi biznesu wzorem stylu życia były bogate dwory. We dworze była biblioteka, obrazy, pokój muzyczny. Dwór emanował światłem. Ta ciągłość kulturowa została u nas przerwana. Od lat przykładem świeci Krzysztof Penderecki, ale nie słyszałem, żeby któryś z bogatych rodaków, idąc w ślady Pendereckiego, założył arboretum. Ważny rozdział w pana pasji zajmują ekslibrisy. Przed laty zakupił pan w całości legendarny zbiór najstarszych polskich ekslibrisów, stworzony przez prof. Andrzeja Ryszkiewicza. Zależało mi, aby kolekcja prof. Ryszkiewicza nie uległa rozproszeniu. Wcześniej sam zgromadziłem pokaźny zbiór współczesnego ekslibrisu. Przyszło mi to tym łatwiej, że w Polsce od kilkudziesięciu lat odbywa się w Malborku Międzynarodowe Biennale Ekslibrisu Współczesnego. Z kolekcją Ryszkiewicza wiążą się różne bibliofilskie przygody. Profesor przechowywał swoje skarby w dość przypadkowych teczkach, ponieważ inne nie były dostępne. Zamówiłem teki w najlepszej francuskiej firmie Arquebusiers. Są estetyczne i wykonane z odpowiednich chemicznie neutralnych materiałów, które nie szkodzą przechowywanym w nich zabytkowym grafikom. Na tekach postanowiłem wytłoczyć tzw. suchy tłok z moim monogramem. Okazało się, niestety, że nasi rzemieślnicy nie potrafią wykonać delikatnego stalowego stempla do tłoczeń. Ekslibris tak się upowszechnił, że najczęściej jego poziom artystyczny i wykonawczy jest bardzo niski. Ekslibris swą formą powinien uszlachetniać książkę. Najlepiej, gdy sam w sobie jest dziełem sztuki. Faktycznie poprzez upowszechnienie zdewaluował się. Osobiście bardzo cenię dorobek Wojciecha Jakubowskiego, Wojciecha Łuczaka, Macieja Kopeckiego. Zwłaszcza zaś ekslibrisy nieżyjącego już Henryka Fejlhauera.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL