Weekend rp.pl
Polski wróg numer jeden
Kto zyskał, kto stracił
W tym tygodniu dowiedzieliśmy się, kto jest naszym prawdziwym wrogiem. Kto usiłuje nas zniszczyć, kto dybie na nasze pieniądze, kto chce wyrzucić nas za drzwi, kto nie wie, co to integracja, co to solidarność. Kto wreszcie usiłował zmarginalizować rolę Polski.
Nie dowiedzieliśmy się tego wcale od Jarosława Kaczyńskiego ani żadnego z jego współpracowników.
I nie chodzi wcale o Niemców ani Rosjan. Ani nawet Litwinów, którzy prześladują u siebie naszych rodaków.
Polskim wrogiem numer jeden jest Francja i jej demoniczny prezydent Nicolas Sarkozy. A powiedział to, choć przyznajmy, że nie wprost, minister finansów Jacek Rostowski. Mówił o kraju, który chciał zrobić skok na całą Unię, a już wiemy dobrze, kto chciał zjeść nasze fundusze unijne.
Z geopolitycznego punktu widzenia Rostowski ma rację. Dziś interesy Warszawy i Paryża są radykalnie rozbieżne. W dodatku walczący o reelekcję prezydent Sarkozy musi zrobić wszystko by zaspokoić własną publikę, a nad Loarą nie przepadają obecnie za Europą Środkowo-Wschodnią.
W wypowiedzi ministra Rostowskiego zastanawiające jest co innego. Po pierwsze dotąd politycy PO przekonywali, że Unia Europejska to miejsce, w którym na szczytach od początku do końca wykrzykuje się staropolskie „kochajmy się". A więc polityka europejska polega na tym, by być lubianym, by płynąć z prądem, by się nie wychylać. Bo Unia to jedność, to zgoda a nie konflikt. O płynięciu z unijnym prądem wprost w jednym z wywiadów mówił szef MSZ Radosław Sikorski.
I właśnie w tym duchu minęła Polska prezydencja. Jak się okazało jedna z najdroższych w ostatnich latach w całej Unii, miała za cel przekonać wszystkich nie do naszych racji, nie do naszych argumentów. Ale miała pokazać, że jesteśmy fajni, że jesteśmy europejscy, że jesteśmy właśnie w głównym nurcie. I w dużej mierze ten cel udało nam się osiągnąć.
Ale mimo to pod sam koniec prezydencji, choć premier i szef MSZ uśmiechali się szeroko, poklepywali po ramieniu innych i sami byli poklepywani, na grudniowym szczycie zostaliśmy zrobieni w bambuko i wyrzucono nas z unijnego przedpokoju i kazano czekać bez głosu, do czasu przyjęcia wspólnej waluty. I nagle, od początku stycznia, okazało się, że potrafimy jednak mówić ostro.
Premier, który jeszcze w grudniu zapewniał polski Sejm, że jedynym ratunkiem przed kryzysem jest współpraca i jeszcze głębsza integracja, w styczniu zaczął grozić, że jeśli pozostali przywódcy nie uwzględnią naszych postulatów, Polska nie podpisze nowego traktatu – groźba, jak na premiera uprawiającego politykę miłości niebywała.
Nagle jednak okazało się, że by osiągać swoje cele, czasem trzeba postraszyć wetem albo i jeszcze większą awanturą. Nagle okazało się, że warto walczyć o swoje, że poklepywanie po plecach to nie jedyny środek prowadzenia polityki zagranicznej.
Drugie zaskoczenie, które wiąże się z wypowiedzią ministra Rostowskiego, dotyczy relacji wróg-przyjaciel. Dotąd politycy PO przekonywali, że jedynym wrogiem Polski jest PiS i Jarosław Kaczyński. Poza tym sami przyjaciele. Rosjanie – owszem, coś pokręcili ze śledztwem smoleńskim, ale to przyjaciele. Niemcy – zgoda, wybudowali nam pod nosem i pod wejściem do portu w Świnoujściu rurę, ale to przecież najlepsze „Freundy". Nagle jednak okazało się, że nasi „przyjaciele" miewają interesy tak rozbieżne z naszymi, że słowo „przyjaciel" przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
Ta piękna kantowska wizja wielkiego unijnego pokoju legła jednak w gruzach. O tym, że Rosjanie nie prowadzą śledztwa smoleńskiego ze starannością, której można by wymagać od „przyjaciół" mówią głośno już najważniejsi politycy rządzącej partii. Ostatni szczyt Unii zaś był dowodem na to, że również we Wspólnocie można znaleźć „partnerów", którzy przyjaciółmi naszymi wcale nie są.
Ktoś inny mógłby tu żartować z polityków, z partii matki, z polityki miłości. Może brak mi błyskotliwości i poczucia humoru, ale mnie ta sytuacja jednak martwi. Bo jeśli nawet zarzucająca innym szukanie wrogów partia, sama wrogów szuka, znać, że potrzebne są jej usprawiedliwienia dla braku własnych osiągnięć. Dlatego powiedzmy sobie to jasno: jeśli minister Rostowski przekonuje, że sukcesem posiedzenia europejskich przywódców jest to, że udało się zablokować Francuzów, oznacza to, że nie osiągnęliśmy przy stole negocjacyjnym nic.















