Weekend rp.pl
Wikingowie na nartach
Norwegia - widoki jak w Alpach. Urozmaicone i oświetlone trasy. Śnieg od listopada do maja. A na dodatek można tu spotkać króla
Jeszcze do ostatniej zimy uważałam, że jak narty, to tylko w Alpach. Ale odkryłam Norwegię! Niektórzy twierdzą, że Norwegowie rodzą się z nartami na nogach. Może jest w tym trochę przesady, ale tylko trochę. Tradycje w tej dziedzinie mają długie – już na liczących prawie 5 tys. lat rysunkach naskalnych znalezionych na wyspie Rodoy w środkowej Norwegii widać prehistorycznych ludzi z czymś, co przypomina narty na nogach.
Nawet nazwa „ski”, która weszła do wielu języków świata, wywodzi się z języka staronorweskiego. Podobnie „telemark”, czyli technika jazdy z przyklękiem, to z kolei nazwa jednego z regionów Norwegii. Dlatego nie dziwi, że prawie każdy współczesny wiking na nartach jeździ, tudzież chodzi albo biega. Dotyczy to nawet norweskich monarchów – zapalonym narciarzem jest panujący aktualnie Harald V, a jego nieżyjący ojciec Olaf V ma nawet pomnik, na którym upamiętniono go właśnie z nartami.
Czarne romby dla ekspertów
Na których stokach jeździ król? Do jego ulubionych rodzimych ośrodków należy Hemsedal Skisenter, położony około 220 km na północny zachód od Oslo. Jednak wcale nie tak łatwo rozpoznać śmigającego na śniegu monarchę. – Nie rzuca się w oczy, jeździ bez ochrony, a po nartach przychodzi do baru – życzliwie informują miejscowi.
To, że królowi podoba się w Hemsedal, wcale mnie nie dziwi, bo obok znanego z zimowych igrzysk olimpijskich w 1994 roku Lillehammer jest to drugi najlepszy region narciarski Norwegii. Mimo że tutejsze góry nie są bardzo wysokie (najwyższy punkt, do którego dojeżdżają wyciągi, to 1497 m n.p.m.), widokowo przypominają Alpy, a śniegu jest w nich tyle, że sezon trwa pół roku – od listopada do początku maja.
W samym Hemsedal są 43 kilometry tras, wśród których kilka zielonych (bardzo łatwe), choć są też i naprawdę trudne, czyli czarne. W przypadku czarnych tras Norwegowie mają jeszcze dodatkowe oznaczenia – rombami. Jeden romb to trasa, która w Polsce dostałaby kolor czerwony, ale trzy romby to już rzeczywiście wyzwanie. Nie chodzi nawet o nachylenie stoku – głównym utrudnieniem są muldy.
Moją ulubioną w Hemsedal jest nartostrada, na której rozgrywano zawody Pucharu Świata. Sporo czasu spędziłam też w snowparku, gdzie z zapartym tchem obserwowałam ewolucje młodzieży. Nie będą tam również rozczarowani stawiający pierwsze kroki – zarówno dla nich, jak i dla najmłodszych (Hemsedal to ośrodek nastawiony na rodziców z dziećmi) wydzielono rozległe, łagodne tereny z wyciągami i prostymi torami przeszkód.
Większość gości regionu stanowią Norwegowie i Duńczycy, przyjeżdżają też Szwedzi, Finowie, Brytyjczycy i Holendrzy. Na norweskich stokach narciarz z Polski to rzadkość, nie to co w Alpach. Chociaż... – Są tu dwa domy należące do Polaków – mówi Odd, mieszkaniec Hemsedal, i pokazuje jeden z nich – wielką betonową konstrukcję wyróżniającą się spośród pozostałych, dużo skromniejszych.
Kiedy warto przyjechać do Hemsedal? Każda pora jest dobra, ale wart rozważenia jest kwiecień, kiedy ceny noclegów spadają, a dzień jest na tyle długi, że o dziewiątej wieczorem jest jeszcze zupełnie jasno. Z kolei w grudniu czy styczniu światła słonecznego jest mało, ale można korzystać z oświetlanych stoków. – W ośrodkach alpejskich zwykle po zmroku jest tylko jedna oświetlona trasa, u nas aż 15! – wyjaśnia obsługa wyciągów.
Slalom z zakupami
Czy wyjazd na narty do Norwegii jest drogi? Niekoniecznie. Bilety na samolot do Oslo możemy kupić już od kilkudziesięciu złotych w jedną stronę (Wizz Air – z Warszawy, Gdańska, Katowic, Wrocławia i Poznania, Norwegian – z Warszawy, Krakowa i Szczecina), a jeśli chodzi o zakwaterowanie, można obniżyć koszty, jadąc w kilka osób i wynajmując domek. W Hemsedal jest mnóstwo takich gościnnych przybytków, bardzo wygodnych, zwykle z kominkiem, a nawet z sauną. Większość z nich zbudowana jest z drewna i kryta dwuspadowymi dachami, które chowają się pod czapą śniegu.
Nasz domek jest wyjątkowo dobrze położony – gdy siedzimy na tarasie i popijamy kawę, mamy piękny widok na dolinę, w której ulokowało się miasteczko. Na śniadania chodzimy do sąsiedniego hotelu. W ramach szwedzkiego czy raczej norweskiego stołu oprócz dżemu i wędlin mamy tam pastę kawiorową i śledzie w kilku smakach, najczęściej na słodko. Ku naszemu zdziwieniu nie podają tu kojarzących się nam z Norwegią łososi, za to zawsze są gofry, które piecze się samemu (na stole stoi maszynka i gotowe do wlania ciasto), na wystawionej maszynce. Zawsze jest też gjetost – słodki brązowy ser. Swoją drogą warto wiedzieć, że właśnie w Norwegii wymyślono łopatkę-nóż do krojenia sera! Inny wynalazek, z którego potomkowie wikingów są wyjątkowo dumni, to zwykły druciany spinacz!















