Opinie
Rządowa reforma podzieliła sędziów
- Mamy listę sądów do likwidacji
- Sądownictwo: ministerstwo pompuje statystyki
- Likwidacja małych sądów narusza Konstytucję?
- Ponad sto najmniejszych sądów do likwidacji
- Samorządowcy powołają komitety obrony sądów
- Iustitia przeciw likwidacji sądów rejonowych
- Sprzeciw wobec likwidacji Sądu Rejonowego w Żaganiu
- Sędziowie bronią dobrego sądu w Zduńskiej Woli
- Łączenie małych sądów problemu nie rozwiąże
- Czy będzie "Tydzień bez wokandy"?
Nie jest prawdą, że całe środowisko sędziowskie jest przeciwne likwidacji najmniejszych sądów. Duże dysproporcje w obciążeniu pracą powodują, że niektórzy sędziowie po cichu kibicują propozycjom Ministerstwa Sprawiedliwości
Jeszcze przed wakacjami rząd chce zlikwidować 122 sądy rejonowe, w których orzeka do 14 sędziów. To 1/3 tych, które dziś funkcjonują. Reforma rządu nie utrudni jednak obywatelom dostępu do wymiaru sprawiedliwości. W miastach, w których dziś odbywają się rozprawy cywilne czy karne, drzwi do budynków sądowych nie zostaną zamknięte na kłódkę. Obywatele nadal będą mogli w nich dochodzić sprawiedliwości, dotychczasowe sądy rejonowe zmienią się bowiem w tzw. wydziały zamiejscowe.
Krótko mówiąc, dla obywatela nic się nie zmieni. Zmieni się natomiast, i to wiele, dla sędziów. W wydziałach zamiejscowych nie będą bowiem potrzebni prezesi, którzy dziś kierują sądami rejonowymi. Sędziowie zaś, którzy będą mieli mniej spraw, nie będą mogli wcześniej wychodzić do domu, ale np. przez dwa dni w tygodniu będą jeździli do sąsiedniej miejscowości, żeby tam wydawać wyroki, co dziś nie jest możliwe.
Granice miast wyznaczają linię podziału
Podobnie jak w przypadku decyzji rządu o zamrożeniu sędziowskich wynagrodzeń czy zmiany zasad przechodzenia w stan spoczynku, także zapowiedź zmian na mapie administracyjnej sądów pokazała, że sędziowie łatwo nie oddają swoich przywilejów i w każdej sytuacji zagrożenia głośno protestują. Zapowiedź rządu likwidacji najmniejszych sądów pokazała jednak coś więcej. Po zapowiedzi reformy sądownictwa gołym okiem widać, że sędziowie wcale nie są jednomyślni, a środowisko to jest mocno podzielone. W ich przypadku linia podziału przebiega po granicach największych miast.
Najgłośniejsze okrzyki przeciw przekształceniu niektórych sądów rejonowych w wydziały zamiejscowe wznoszą głównie sędziowie orzekający w małych miastach. Ci, którzy pracują w dużych miejscowościach, choć w obawie przed środowiskowym ostracyzmem nie chcą oficjalnie poprzeć reformy, to jednak po cichu kibicują propozycji rządu. Nie rozumieją bowiem, dlaczego oni mają w miesiącu do rozpoznania tyle spraw co ich koledzy po fachu w ciągu całego roku.
Ich argumentacja jest prosta. Skoro sędziowie bez względu na miejsce zamieszkania zarabiają tyle samo, to również bez względu na to, czy wydają wyroki w małym mieście, czy w dużej aglomeracji, powinni mieć, jeśli nie taką samą, to przynajmniej zbliżoną ilość pracy.
Trudno się z tymi argumentami nie zgodzić. Jak wynika z ostatniego raportu Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości "Wymiar Sprawiedliwości w Unii Europejskiej", w 2009 roku w Sądzie Rejonowym w Lesku sędzia karny miał rocznie do osądzenia zaledwie 120 spraw, podczas gdy w skali całego kraju – średnio powyżej 300, w najbardziej obciążonych sądach zaś powyżej 600. Na jednego sędziego Sądu Okręgowego w Krośnie przypadało rocznie zaledwie siedem spraw karnych, zaś w Tarnowie, Nowym Sączu oraz w Przemyślu niewiele więcej, bo około dziewięciu. W wielu małych miejscowościach przewodniczący wydziałów mają problemy, bo brak jest spraw dla zabezpieczenia sesji dla sędziego. Ich koledzy z dużych miejscowości stoją przed zupełnie innym problemem. Do kierowanych przez nich wydziałów wpływa taka liczba spraw, że boją się przydzielać kolejne sędziom, ci mają ich bowiem w swoim referacie tyle, że nie są w stanie nad nim zapanować, nie mówiąc już o sprawnym wymierzaniu sprawiedliwości.
Godna pensja, czyli dokładnie ile
Trudno zaakceptować tak nierówne obciążenie pracą. Tym bardziej że bez względu na to, czy sędzia ma do rozpoznania 10 czy 100 spraw w miesiącu, należy mu się taka sama pensja. I tu pojawia się kolejna, bardzo wyraźna linia podziału środowiska sędziowskiego.
Alternatywą dla likwidacji małych sądów mogłoby być uzależnienie pensji od ilości wykonanej pracy
Bez względu na to, czy sędzia pracuje w dużej czy małej miejscowości, jeśli zajmuje takie samo stanowisko, należy mu się identyczne wynagrodzenie. Jak żalą się osoby orzekające w największych polskich aglomeracjach, w praktyce więc mają kilka razy więcej pracy niż ich koledzy z prowincji, za którą realnie dostają niższe wynagrodzenia. Inna jest bowiem siła nabywcza pieniądza w dużym i małym mieście. Bardzo obrazowo przedstawił mi to kiedyś sędzia, którego spotkałem na korytarzu jednego z warszawskich sądów. Zapytany przeze mnie o to, czy jest zadowolony ze swojej pracy, odpowiedział: "Codziennie do pracy przyjeżdżam tramwajem, bo nie stać mnie na samochód, a po ośmiu godzinach orzekania zabieram do dwupokojowego mieszkania kupionego na kredyt na 30 lat pełną torbę akt, bo w pracy nie mam czasu na pisanie uzasadnień. Mój kolega ze studiów, który orzeka w sądzie w trzydziestotysięcznej miejscowości, do pracy wyjeżdża z nowego domu ładnym samochodem, a o godz. 16 gra z kolegami w piłkę, bo drzwi do sali sądowej dawno już za sobą zamknął".















