Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Nauka

Naukowcy nie wrócš

Nie wrócš z Irlandii, USA, Kanady. Ani ze Skandynawii. Wcale nie ze względu na finanse. Ale dlatego, że instytucje takie jak PAN nie pozwolš, aby ktoœ zakłócił ich błogostan – piszš publicyœci
Wielu z nich ze swoim dorobkiem naukowym i życiowym chętnie wróciłoby do kraju, realizować tutaj swojš drogę jako naukowcy i wykładowcy, służyć swoim doœwiadczeniem na polskim gruncie. Ale nie wrócš. W każdym razie nie do Polskiej Akademii Nauk (PAN). Nie dlatego, że nie chcš, po prostu nie majš równych szans! Ta szacowna instytucja zadbała zawczasu, by żaden intruz nie zakłócił błogostanu wieloletnich dyrektorów, nienaruszalnych profesorów, zamrożonych docentów. W najprostszy sposób – zabezpieczajšc się statutem i zachowujšc politycznš poprawnoœć, by żaden rzšd się niš za bardzo nie interesował.
Polska już w 2003 roku ratyfikowała porozumienie lizbońskie o wzajemnym uznawaniu stopni i tytułów naukowych w Unii Europejskiej i Polsce. Dokument bardzo dla nas ważny, umożliwiajšcy naszym naukowcom rozwój kariery naukowej w państwach-sygnatariuszach tej konwencji bez koniecznoœci nostryfikacji dyplomów i tytułów. Oczywiœcie porozumienie obowišzuje obustronnie. Ale nie w PAN!Oto jest bowiem PAN-stwo w państwie i żadnych porozumień przestrzegać nie będzie, bo ma swoje przepisy statutowe, mało zmienione od lat 50. Co to oznacza w praktyce? Ano tyle, że np. profesor z Oksfordu, Sorbony czy ze Sztokholmu jest dla PAN wart tyle co polski magister albo mniej. To, że taki profesor publikuje w naukowych czasopismach z najwyższej półki, że jest znany i uznany na œwiecie, że jest nominowany do Nagrody Nobla czy jest już laureatem tej nagrody, wcale nie znaczy, że jest godzien zatrudnienia w Polskiej Akademii Nauk. Wszystko dlatego, że polskie prawo i PAN nie uznajš tak ad hoc zachodnich stopni i tytułów naukowych. Zgodnie ze statutem PAN oraz z ustawš o stopniach i tytułach naukowych profesor z UE (i nie tylko) musi przeprowadzić kosztownš i czasochłonnš nostryfikację stopni w Polsce. Wprawdzie polscy naukowcy nie muszš tego robić w innych państwach UE, ale jak widać, nauka polska prezentuje inne standardy niż ta z Europy Zachodniej. W trakcie takiej nostryfikacji po kilku miesišcach zostanie uprzejmie powiadomiony, że doktorat, owszem, można uznać, ale bez polskiej habilitacji nie ma szans na to, aby np. zostać dyrektorem w PAN lub „pełnowartoœciowym” profesorem uznanym w polskim œrodowisku naukowym. Problem w tym, że w państwach Europy Zachodniej stopień doktora habilitowanego został oficjalnie zniesiony w latach 80. i 90. ubiegłego stulecia. W wyniku reform i normalizacji stopni oraz tytułów naukowych na gruncie porozumienia lizbońskiego i procesu bolońskiego zastšpiono stopnie doktora i doktora habilitowanego egzaminem doktorskim, który jest obecnie najwyższym egzaminem uniwersyteckim. Egzamin ten daje prawo do ubiegania się o wszystkie stanowiska akademickie, z etatem profesora włšcznie. Czymże jest więc ten bezcenny polski stopień doktora habilitowanego, który zamyka drogę naukowcom i profesorom z Oksfordu czy Sztokholmu do dyrektorskich stanowisk w PAN? Według ustawy jest to drugi wyższy stopień naukowy uzyskany po doktoracie i jest ustawowo zdefiniowany jako praca „wybitna”. Stopień ten jest niezbędny do uzyskania tzw. belwederskiego czy uniwersyteckiego tytułu profesora w Polsce.Uzyskanie tytułu profesora „belwederskiego” (nadawanego przez prezydenta RP na wniosek uprawnionej rady wydziału lub instytutu i Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej) wymaga wypromowania przynajmniej jednego doktoranta i znacznego dorobku naukowego oraz pedagogicznego uzyskanego po habilitacji. Tytuł profesora uniwersyteckiego uzyskuje doktor habilitowany po zatrudnieniu na stanowisku nauczyciela akademickiego. W 2006 roku w Polsce przeprowadzono około 2000 przewodów habilitacyjnych („wybitnych” prac naukowych). Według nowej ustawy od kilku lat produkujemy kilkaset „wybitnych” prac naukowych rocznie, więc niewštpliwie kolejka do Nagrody Nobla na najbliższych sto lat zostanie zablokowana przez samych polskich „wybitnych” doktorów habilitowanych. Czapki z głów, zachodnie wykształciuchy! Polski habilitant jedzie po Nobla! Sęk w tym, że w historii Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, fizyki czy chemii nie było jeszcze polskiego doktora habilitowanego, w przeciwieństwie do bardzo wielu doktorów nie-habilitowanych z Europy Zachodniej, USA, Japonii. Dla kontrastu załóżmy inny wariant. Gdyby profesor z Mińska, Moskwy, Hawany, Kijowa czy z Bukaresztu chciał zostać dyrektorem w PAN-owskim instytucie, czyby mógł? Gdyby mu się zachciało, to oczywiœcie, mógłby, bo stopień doktora habilitowanego z tamtych krajów nadal uznajemy, bez potrzeby nostryfikacji, na mocy umów z lat 70. i na mocy konwencji praskiej. Chociaż została ona ostatnio wypowiedziana przez polski rzšd, jeœli dany kandydat uzyskał stopnie przed wypowiedzeniem tej konwencji, to mu się to liczy. NajwyraŸniej PAN przyjmuje do wiadomoœci osišgnięcia nauki zachodniej, ale nie do tego stopnia, by przyjšć do swego szacownego grona tych, którzy tę naukę tworzš. I żaden polski profesorek z jakiegoœ tam Cambridge czy Sztokholmu nie będzie się tutaj szarogęsił. Ale gdyby przyjechał z Ałmaty – wtedy to inna bajka: prosimy bardzo, zapraszamy na etat profesorski lub dyrektorski. Podsumowujšc nasze spostrzeżenia, gdyby profesor z Heidelbergu czy ze Sztokholmu w naiwnoœci swojej zgłosił się do konkursu na dyrektora instytutu PAN (pod warunkiem, że czyta po polsku i jest zainteresowany stronš internetowš danego instytutu), nie zostałby nawet powiadomiony o tym, że jego kandydatura nie jest brana pod uwagę z powodów formalnych i że przegrał ten konkurs w przedbiegach (cha, cha, cha, naiwniak!). Biedaczek nie wiedział, że z zasady do „konkursu” w PAN zgłasza się tylko jeden, jedynie słuszny i godny kandydat, na drugš kadencję urzędujšcy dyrektor albo jego zastępca, jeœli obecny dyrektor urzędował już dwie kadencje. Trochę to przypomina Putinadę i Łukaszenkonadę (wyjaœniamy pojęcia: nauki polityczne stosowane odpowiednio w Moskwie i Mińsku). Potem temu naiwnemu kandydatowi z Zachodu zaproponowano by etat „asystenta”. Dla wyjaœnienia dodajmy, że instytuty PAN często zatrudniajš profesorów „z Zachodu”, bo ich publikacje będš liczone jako publikacje danego instytutu. Z zasady ci zachodni profesorowie publikujš w czasopismach z górnych półek, które sš poza zasięgiem znakomitej większoœci rodzimej kadry profesorskiej. A takie publikacje nadajš rangę instytutowi i dyrekcja może się pochwalić międzynarodowš współpracš oraz osišgnięciami na skalę międzynarodowš. Ale wróćmy do naszego naiwnego profesora. Po półrocznej nostryfikacji doktoratu (którš można załatwić w dziesięć minut na jednym posiedzeniu rady wydziału) np. na UJ, nie na jakiejœ tam poœledniej polskiej uczelni, zaproponowano by mu otwarcie przewodu habilitacyjnego na podstawie jego własnych prac, które przygotował do zachodniej profesury. Czyli zaproponowano by mu plagiat, bo praca „habilitacyjna” nie jest tylko ustawowo pracš „wybitnš”, ale musi też być pracš „oryginalnš”, wnoszšcš nowe wartoœci naukowo-poznawcze.Tak więc jawi nam się PAN (i nie tylko PAN) jako jeden z bastionów oporu przed powrotem naukowców rodaków z Zachodu. Wbrew umowom międzynarodowym i logice, ale zgodnie z prawem III RP i z prawem zachowania stołków. I jako taki bastion kostnieje i skostnieje do końca z wielkš szkodš dla polskiej nauki i dla nas. A polska „habilitacja” będzie tš „wybitnš substancjš”, która to skostnienie zamieni w skamielinę polskiej nauki. Na szczęœcie w Europie, w obu Amerykach, w Chinach, Indiach, Japonii i wielu innych krajach sš rzšdy, które doskonale wiedzš, że nauka jest jednym z głównych motorów postępu i rozwoju państwa, i przyjmujš profesorów z Zachodu bez nostryfikacji, dajšc im milionowe projekty badawcze. Ale czy nasi politycy o tym wiedzš? Nie sšdzę i myœlę, że jeszcze długo o tym wiedzieć nie będš, bo wierzš statutowej i ustawowej elicie polskiej nauki, czyli PAN.Naukowcy, póki co – nie wrócš. Prof. Stanisław Karpiński jest specjalistš z zakresu genetyki i molekularnej fizjologii roœlin, pracuje w Instytucie Botaniki Uniwersytetu Sztokholmskiego oraz w IFR PAN w Krakowie. Adam Zabrzeski jest publicystš i przedsiębiorcš, zajmuje się handlem reklamami dla portali internetowych. Obaj w latach 80. działali w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów.
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL