Kryzys, czy będzie druga fala

aktualizacja: 25.08.2011, 01:14
Foto: Fotorzepa, Raf Rafał Guz

Podstawą stabilności systemu bankowego jest
coś bardzo ulotnego – zaufanie

Rządy stoją dziś przed problemem, z jakim boryka się na ogół sektor bankowy. Każdy bez wyjątku bank – obojętnie, czy w dobrych czy złych czasach – jest niewypłacalny. Jest tak dlatego, że zdeponowane w banku depozyty są znacznie większe niż płynne rezerwy utrzymywane przez bank. Gdyby wszyscy klienci naraz zdecydowali się na wycofanie swoich depozytów, bank nie byłby w stanie sprostać ich żądaniom i musiałby upaść.
Podstawą stabilności systemu jest zatem coś bardzo ulotnego – zaufanie. Gdy ono jest – system działa sprawnie, gdy go brak – system pada. A jak wiadomo, zaufanie buduje się długo, ale szybko można je stracić.
Jak szybko – widzieliśmy w ostatnich tygodniach, bo ten sam mechanizm leży u podstaw obecnych zaburzeń. Problem jest jednak groźniejszy, bo nie chodzi tylko o zaufanie do banków (jak w pierwszej fazie kryzysu), ale o graczy największych – państwa – i cały system gospodarczy świata.
Dług publiczny Grecji, Portugalii i Hiszpanii to ok. 100 proc. PKB Niemiec. Jasne jest, że w czarnym scenariuszu nie ma dziś nikogo, kto byłby w stanie wiarygodnie zapewnić spłatę ich długu.
Lista działań dla ratowania gospodarek jest dziś bardzo krótka, a część z nich to broń obosieczna
Te dane były wcześniej znane i nie zmieniły się w ostatnich dwóch tygodniach. Ale po obniżeniu oceny kredytowej USA i złych informacjach z realnej gospodarki zmieniła się percepcja ryzyka realizacji takiego scenariusza.
Domino ruszyło, bo gdy zaufanie do systemu pryska, uruchamia się reakcja łańcuchowa: rynki wycofują pieniądze, stopy procentowe zagrożonych krajów rosną, zwiększają się koszty obsługi ich długu, a tym samym prawdopodobieństwo bankructwa. Ponieważ duża część długu jest w posiadaniu banków, brak zaufania przenosi się do sektora bankowego (spready CDS wyceniające prawdopodobieństwo bankructwa wielu banków wzrosły w ostatnich dniach do najwyższych poziomów w historii).
Następnie panika na rynkach przenosi się do sfery realnej: spadające ceny akcji obniżają zdolność finansowania nowych przedsięwzięć, przedsiębiorcy, bojąc się o przyszłość, tną inwestycje i zatrudnienie. To przekłada się na wolniejszy wzrost, co jeszcze bardziej ogranicza zdolność obsługi długów, już nie tylko u tych słabszych, ale też tych w relatywnie dobrej kondycji (Włoch, Francji, a może Niemiec?). I tak pierwotne obawy znajdują swoje potwierdzenie.

Jak zatrzymać spiralę

Stabilizacja sytuacji wymaga dziś jednego: stabilizacji zaufania do systemu. Konieczne są przy tym działania natychmiastowe. Dyskusja o nowym rządzie strefy euro lub konstytucyjnych limitach zadłużenia – skądinąd potrzebna i idąca w dobrym kierunku – nie ustabilizuje sytuacji, tak jak dyskusja o nowych regulacjach nie uspokoi paniki podczas kryzysu bankowego (ludzie chcą mieć pewność, że dziś, a nie jutro, ich pieniądze są bezpieczne).
Podobnie dyskusja o euroobligacjach (które zresztą wcześniej czy później powstaną) też niewiele da, bo dziś nie chodzi już tylko o koszty obsługi długu, ale o obawy o jego całkowitą skalę. To m.in. dlatego ostatni szczyt Merkel – Sakrozy był tak mało efektywny i źle przyjęty.
Główny problem jednak w tym, że lista działań natychmiastowych jest dziś bardzo wąska, a część z nich to broń obosieczna.
Świat bez wątpienia wkracza w ostrą fazę kryzysu, który będzie się łączył z silnymi napięciami społecznymi
Oto najczęściej dyskutowane propozycje.

Jak wyjść z klinczu

Jeżeli popatrzymy wąsko, tylko na rynki finansowe, to ostatnie zawirowania są co do skali podobne do tych, które miały miejsce po ataku terrorystycznym z 11 września 2001 r. Z badań wiemy, że tego typu zaburzenia wygasają w połowie po około dwóch miesiącach – mamy więc przed sobą jeszcze około ośmiu tygodni huśtawki na rynkach.
Wiemy też, że po zaburzeniach tej skali następuje na ogół recesja – można oczekiwać, że ujemny wzrost pojawi się w USA i Europie w ostatnim kwartale tego roku lub w pierwszym kwartale roku przyszłego.
Ale to optymistyczny scenariusz (!), oparty na danych z przeszłości. Dzisiejsza sytuacja jest jakościowo znacznie trudniejsza niż to bywało wcześniej. Rządy nie mogą dać żadnego pozytywnego impulsu – tak jak to się na ogół dzieje w normalnych warunkach – bo teraz same są częścią problemu i nie innych, lecz siebie, leczyć muszą.
Już teraz zresztą powiększony w ostatnich latach dług publiczny obniża wzrost potencjalny niemal o połowę w stosunku do lat 90. Dodatkowo elektorat jest wyczerpany, a więc kapitał polityczny dla rozwiązań potrzebnych, ale politycznie niepopularnych, jest bardzo niski.
System bankowy ma nadwątlone fundamenty – w zasadzie nie stoi na własnych nogach, ale podtrzymywany jest we względnej kondycji przez kroplówkę finansowania publicznego. Banki centralne – poza rozwiązaniami radykalnymi, które są z dzisiejszej perspektywy dla nich nie do przyjęcia – nie mają amunicji, bo stopy są zerowe, a wydrukowanego bez pokrycia pieniądza jest w obiegu więcej, niż moglibyśmy sobie kiedykolwiek wyobrazić. W zasadzie pozostaje tylko patrzeć i czekać w napięciu, czy tama pęknie czy nie.

Jakie wnioski dla Polski

Trzeba przygotować się na najgorsze. Świat bez wątpienia wkracza w ostrą fazę kryzysu, który będzie się łączył z silnymi napięciami społecznymi, a być może także międzynarodowymi, które w efekcie doprowadzą do znacznych zmian politycznych. Z takim nastawieniem powinniśmy prowadzić politykę gospodarczą w Polsce.
Trendy globalne nas nie ominą, nie unikniemy spowolnienia, prawdopodobnie także recesji. Założona ścieżka konsolidacji finansów publicznych powinna zostać wiarygodnie wypełniona.
Jest to dość dobry plan, bo nie jest on ani na tyle radykalny, żeby podciąć bieżący wzrost, ani na tyle nieambitny, aby utracić wiarygodność na rynkach. Elastyczna linia kredytowa powinna być przedłużona. Pomagać nam będą dobre warunki wyjściowe.
Niemcy, nasz najważniejszy partner handlowy, są w relatywnie dobrej kondycji. Aktualny poziom stóp NBP daje przestrzeń do ewentualnej reakcji, inaczej niż to jest w przypadku Fedu czy EBC. Dług publiczny na tle innych jest relatywnie niski. Ruch kursu będzie nas dodatkowo wspierał – nie powinniśmy się bać osłabienia złotego. Nawet zakładając negatywne skutki kredytowe, efekt netto będzie korzystny. Jeśli poprowadzimy mądrą politykę, za pięć lat Polska ma szansę być jedną z bardziej stabilnych gospodarek w regionie, z dużym zaufaniem do złotego, silnymi instytucjami, PKB per capita wyższym niż w Portugalii czy Grecji. I nową generacją klasy politycznej zintegrowanej ze światem i z optymizmem patrzącej w przyszłość.
Autor jest profesorem ekonomii, pracuje w SGH i PAN. Jest doradcą ekonomicznym Polskiego Banku Przedsiębiorczości, był szefem Biura ds. Integracji ze Strefą Euro w NBP

POLECAMY

KOMENTARZE