REKLAMA

Najnowsza historia Polaków

Starszy syn szewca D.

Marek Nowakowski 24-12-2007, ostatnia aktualizacja 24-12-2007 08:26

Na dziedziniec uniwersytetu zaczęły wjeżdżać autobusy. Wysypywali się z nich cywile, ubrani jak na tę zimną, marcową pogodę przystało, w jesionki, pikowane kurtki, czapki. Niektórzy mieli pałki. Tak! Typowe pałki z wyposażenia milicyjnego. Jedni trzymali je przed sobą, inni chowali za plecy lub wsunęli w rękawy wierzchniej odzieży. Był to aktyw robotniczy, który zjechał się z fabryk Warszawy, żeby uspokoić studencką młodzież podatną na wpływy wichrzycieli.

Kotłujący się po dziedzińcu tłum studentów znieruchomiał, wpatrzony w nieoczekiwanych przybyszów.

Aktyw uformował się dosyć sprawnie w ciasne szeregi i sunął ławą do przodu.

Studenci cofali się powoli w stronę biblioteki, a potem w głąb, za budynek BUW do Pałacu Kazimierzowskiego.

Wtedy go zobaczyłem. Byliśmy naprzeciw siebie. On wśród aktywu, ja w spłoszonej, cofającej się ciżbie studentów. Niewysoki mężczyzna w jesionce z futrzanym kołnierzem, czapa także futrzana. Starszy syn szewca D. Z jego bratem Jankiem uczęszczałem do jednej klasy. Bywałem u nich w domu. Mieszkali na parterze, a warsztat szewski mieścił się w izbie będącej zarazem kuchnią. Lubiłem tam wchodzić. Pachniało dziegciem lub czymś podobnym, używanym do smarowania dratwy. Stary D. siedział na niskim taborecie i trzymając w ustach drewniane ćwieki, co raz wyjmował jeden z ust i wbijał wprawnym uderzeniem młotka w obcas czy podeszwę buta. Czasem ostrym jak brzytwa nożem wykrawał łatę ze skóry, podbijał blaszkami zelówki. Chętnie objaśniał przeznaczenie swoich narzędzi: pocięgła, kopyta, szydła itp.

Starszy brat Janka pracował w fabryce, ale mówiliśmy sobie po imieniu.

Spotkaliśmy się na dziedzińcu uniwersytetu w marcu 1968 roku. Poznał mnie na pewno. Wyczytałem to w jego oczach. Lecz twarz syna szewca D. pozostała nieruchoma, poważna. Dzieliła nas odległość dwudziestu, trzydziestu metrów najwyżej. Studenci nawoływali robotników do opuszczenia terenu uczelni.

– Nie bądźcie pachołkami! – krzyknęła jakaś dziewczyna.

Robotnicy milczeli.

Nagle z tyłu rozległy się niespokojne okrzyki:

– Gliny atakują od Oboźnej! Zajeżdżają budy!

Tłum rozpierzchł się na wszystkie strony. Zaczęliśmy uciekać. Jedni w stronę budynku seminaryjnego Wydziału Prawa, inni na boczny dziedziniec geografii. Poniesiony zostałem przez liczną gromadę, która popędziła do zagrożonego wyjścia na Oboźną. Wyskoczyliśmy w ostatnim momencie. Rycerze w stalowoniebieskich mundurach zbliżali się tupoczącą głucho kolumną. Popędziłem w dół, potem w prawo do Sewerynowa. Jeszcze zobaczyłem mężczyznę, który też uciekał, ale jakoś bardzo powoli. Przed sobą trzymał w rękach pudło w firmowym opakowaniu Cepelii. W pudle był wycięty otwór i dochodził stamtąd lekki szum. To chyba była kamera. Uciekał tyłem, wystawiając do przodu zakamuflowaną tak pomysłowo kamerę. Pewnie jakiś zagraniczny dziennikarz.

Na Sewerynowie było już spokojnie.

Po wielu latach od tamtych wydarzeń spotkałem przed sklepem spożywczym Mini Europa syna szewca D. Przywitaliśmy się. Był na rencie. Jego ojciec dawno nie żył. Młodszy brat Janek wyjechał do Kanady. Już miał odchodzić. Zatrzymał się jeszcze i powiedział:

– Wtedy w marcu, wiesz, od razu cię poznałem. Niezłe spotkanie co?... Ale co miałem zrobić! Byłem w robocie majstrem, zapisałem się do ORMO. Partia, rozumiesz? Takie były czasy. Lecz wcale się do tego nie przykładałem. Kazali, to poszedłem. Ale pały ani razu nie użyłem. Studenciaków nie zatrzymywałem, niech sobie uciekają. Pewno nie wierzysz, co?

Nie czekał na moją odpowiedź. Pobiegł na przystanek autobusowy; z daleka machnął ręką na pożegnanie.

Marek Nowakowski, pisarz

Przeczytaj więcej o:  PRL, uniwersytet

Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:

E-booki "Rzeczpospolitej"

Rozwody, separacje, alimenty

Rozwody, separacje, alimenty

Rozwód czy separacja to zawsze porażka, często finansowa. Z reguły jednak okazuje się mniejszym złem, niż formalne pozostawanie w związku, którego nie da się utrzymać
Testamenty, spadki, darowizny

Testamenty, spadki, darowizny

Poradnik o regułach dziedziczenia oraz praktyczne wskazówki dotyczące sporządzania testamentu
  • książki
  • muzyka
  • filmy
  • multimedia
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>