Ludzie
Sztuczki prostackie, ale skuteczne
Mecz z Kaczyńskim Tusk wygrał dzięki faulom. Bywa tak i w piłce nożnej: gdy sędziowie są stronniczy, sprytni przeciwnicy mogą zniszczyć lepszą drużynę faulami – pisze socjolog Barbara Fedyszak-Radziejowska
Debata Tusk – Kaczyński, do której z determinacją dążył lider Platformy, a którą długo bagatelizował premier, okazała się ważnym wydarzeniem. I to nie dlatego, że dzięki niej poznaliśmy program polityczny liderów dwu najważniejszych partii, bo tak się nie stało, lecz dlatego, że obaj liderzy pokazali nam twarze, których wcześniej nie znaliśmy. Donald Tusk, żeby użyć metafory z jego świata, ostro faulował i wygrał, a Jarosław Kaczyński przegrał, bo w ocenie swojego rywala i jego zwolenników bardzo się pomylił.
Oczywiście, nie tylko w faulach tkwiła siła Donalda Tuska. Dla zwycięstwa nad Kaczyńskim zmienił się na czas debaty w prostego, pracującego fizycznie człowieka, dla którego cena jabłek, ziemniaków i kurczaków jest codziennym doświadczeniem. W piątek lider PO był socjalistą troszczącym się o bezrobotnych (którzy wyjechali za granicę za pracą), o pielęgniarki (które mało zarabiają) oraz o rolników, którym PiS chce zabrać dopłaty bezpośrednie.
Zdezorientowany premier
Jak każdy uczciwy lewicowiec troszczył się o „tanie państwo” i o to, by premier i prezydent w czasie zagranicznych wizyt sypiali w najtańszych hotelach, a w kraju sami prowadzili rządowe samochody. Popierał (oczywiście!) Kartę praw podstawowych, bo gwarantuje pracownikom najemnym socjalne zdobycze UE, i pomijał inne, ważne punkty tej Karty, bo przecież dla socjalisty obyczaje nie są tematem tabu. Był nie tylko dobrym socjalistą, lecz także „typowym” Polakiem, który dość naiwnie wierzy w gospodarcze cuda.
Premier pokazał twarz zaskoczonego, zdezorientowanego człowieka, który nie spodziewał się ani takiej atmosfery, ani poglądów, ani pytań aż tak sprzecznych z wizerunkiem Platformy. Jest to o tyle dziwne, że należało przewidzieć atak rywala skierowany w najważniejsze atuty „solidarnego” państwa. Doradcy najwyraźniej nie uprzedzili Jarosława Kaczyńskiego, że stan nastrojów społecznych panujących wśród przeciwników PiS jest autentycznie gorący, a nawet zajadle wrogi.
Mam wrażenie, że premier naprawdę uważa, że tylko postkomuniści z SLD oraz nieprzychylne media toczą z nim i jego rządem zaciętą walkę. Najwyraźniej nie zna atmosfery panującej nie tylko na warszawskich salonach i nie wie, z jakim ogniem w oczach liczni profesorowie i doktorzy demaskują „miałkość” jego rządów oraz poziom „zagrożeń” dla demokracji. Nie zdaje sobie sprawy, że przeciwnicy PiS (nie tylko z SLD) uważają nawet najbardziej oczywiste i realne sukcesy jego rządu za propagandę i nie potrafią się otworzyć na żadne argumenty.
To, że dwa lata po zerwaniu rozmów o koalicji PO – PiS premier nadal uważa, że powodem były emocje Tuska, zaskakuje. Dzisiaj nawet mniej wnikliwy obserwator dostrzega, że stały za tym ważne polityczne interesy i strategia środowiska Platformy. Podział sceny politycznej na LiD i PiS może się okazać daleko mniej znaczący, niż sądzi premier, a opiekę nad wyborcami dawnego SLD, a dzisiejszej LiD już wkrótce na swoje barki będzie musiała wziąć Platforma. Podobnie premier się myli, sądząc, że jego obraz konfliktu z pielęgniarkami jest zbieżny z opiniami wielu wyborców.
Zestaw fauli
Zaskoczenie na twarzy premiera miało zapewne wiele przyczyn, mam jednak wrażenie, że był autentycznie zdziwiony, że tak doskonały analityk jak on nie przewidział przebiegu debaty. Nie docenił Donalda Tuska. Pomysł, by używać formy panie Donaldzie zamiast panie przewodniczący, był błędem. Usprawiedliwił podobną taktykę rywala, który tytułował Jarosława Kaczyńskiego prezesem, a nie premierem – i to w kraju, w którym tytuły są tak ważne, że przysługują politykom nieomal dożywotnio. Nie pamiętam, który z rozmówców pierwszy wprowadził deprecjonującą formę zwracania się do rozmówcy, ale Tuskowi z jego „prezesem” udało się to skuteczniej niż premierowi. Premier nie spodziewał się ani takiej atmosfery debaty, ani pytań aż tak sprzecznych z wizerunkiem Platformy
Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że mecz z Kaczyńskim Tusk wygrał przede wszystkim dzięki faulom. Wiadomo, że w piłce nożnej tak czasami bywa – gdy sędziowie stronniczy, a zawodnicy sprytni – że lepsza drużyna przegrywa tylko dlatego, że przeciwnicy zniszczyli ją faulami, wyłączając jej najlepszych graczy.














