Plus Minus
Śliska sprawa, czyli od Chamonix do Vancouver
Zimowym igrzyskom, jak to młodszemu rodzeństwu, wolno więcej niż letnim. Nie są takie nadęte. To nie one dbają, by rodzinna kasa była pełna. Ale przed kłopotami to ich nigdy nie chroniło
Urodziły się prawie 30 lat po igrzyskach letnich, nie bez powikłań, i dzieciństwo miały trudne. Byli nawet tacy szefowie Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, którzy mieli je za potomstwo z nieprawego łoża i najchętniej by się ich pozbyli. Zwłaszcza Avery Brundage, amerykański pan MKOl od drugiej wojny światowej do lat 70. Dla niego było to święto zaścianka, rozrywka dla nisko urodzonych. Wściekał się na uzależnienie sportów zimowych od pogody, na rozrzucenie obiektów po górach, tak że sportowcy nie mogli poczuć żadnej wspólnoty. Ale najbardziej denerwowało go narciarstwo alpejskie, coraz mocniej opanowywane przez komercję, którą on tępił jak zarazę. Ostatni raz próbował zimowe igrzyska uśmiercić w roku 1960, ale w głosowaniu członków MKOl znów się obroniły i dopiero wtedy Brundage machnął ręką.













