Maroko
Gdzie Sahara spotyka się z Atlantykiem
Maroko, kraj saharyjskich nomadów przemierzamy na motocyklach z dala od utartych szlaków i miast
Z promu obserwujemy wzgórza Czarnego Lądu, a pod pokładem czekają na nas wysłużone motocykle. Na ląd w Tangerze schodzimy jako jedyni turyści, najwidoczniej zamieszki w krajach północnej Afryki wystraszyły europejskich urlopowiczów. Pogranicznicy od razu kierują nas na posterunek policji.
Zostawiamy motocykle przy celnikach i dobre pół godziny chodzimy po porcie w poszukiwaniu komisariatu. Wreszcie trafiamy na nowoczesny budynek przypominający elegancki terminal lotniczy. Policjantka zabiera nasze paszporty i każe czekać. To chyba jakaś niestandardowa procedura, ale po pięciu minutach wracamy do celników. Obserwujemy nasz pierwszy marokański zachód słońca, mija kolejna godzina i w końcu jesteśmy po odprawie.
Rozglądamy się za miejscem na nocleg. Odbijamy w boczną drogę prowadzącą na szczyt pobliskiej góry. Okazuje się, że to strefa zmilitaryzowana, terenu pilnują żołnierze. Po krótkiej wymianie zdań dostajemy pozwolenie na nocleg.
Poranek jest rześki, szybko zwijamy obóz, żegnamy naszych wojskowych gospodarzy i ruszamy na południe. Na śniadanie zatrzymujemy się po dwóch godzinach w przydrożnym barze. Temperatura zdążyła podskoczyć do 20 st. C. Dostajemy sadzone jajka, oliwki i placek chlebowy. Miejscowi poruszeni wpatrują się w telewizor. Nadaje al Dżazira: Kaddafi bombarduje Bengazi.
Ruszamy dalej na południe: przed nami góry Rif.
Mecz towarzyski
Górski łańcuch w południowo-zachodnim Maroku to zagłębie haszyszu. Podobno parę lat temu pochodziło stąd nawet 80 proc. światowej produkcji tego narkotyku, a wpływy ze sprzedaży przekraczały te z turystyki.
Otaczają nas niewielkie pagórki pokryte zielenią. Odbijamy w boczną drogę R408. Przed nami wspaniałe serpentyny, widoki zapierają dech w piersiach. Co jakiś czas mijamy tradycyjnie ubrane kobiety na osiołkach.
Na jednym z postojów podchodzi do nas Berber i usilnie próbuje sprzedać haszysz. Sytuacja ta powtarza się jeszcze parokrotnie, a sprzedawcy są coraz młodsi. W jednej ze wsi narkotyk próbuje wcisnąć nam... ośmiolatek.
Nawet w najmniejszych wioskach jest boisko, na którym zapamiętale grają dzieciaki. Piłka nożna to bowiem ulubiony sport Marokańczyków.
Na kolejną noc zatrzymujemy się w na wpół opuszczonym forcie Legii Cudzoziemskiej niedaleko wsi Taouerda. Na miejscu dołączamy się do dzieciaków z pobliskiej wsi i rozgrywamy z nimi mecz dziurawą piłką.
Pierwotnie Maroko było całkowicie berberyjskie, proces arabizacji jeszcze się nie zakończył. Językiem berberyjskim ciągle posługuje się kilka milionów Marokańczyków, wielu z nich ma jasne włosy i niebieskie oczy. Górskie plemiona długo opierały się wszelkiej władzy. Królowie sprowadzali więc arabskich najemników, żeby poskromić górali. Dzisiaj etniczni Arabowie zamieszkują głównie nadmorskie obszary i stanowią tylko jedną czwartą z 35 milionow mieszkańców. Dominują natomiast w polityce i gospodarce.
Berberowie zachowują dystans wobec obcych, niechętnie dają się fotografować. Dopiero przy bliższym poznaniu okazuje się, że to przeważnie życzliwi i gościnni ludzie. Za każdym razem, kiedy stajemy na poboczu, żeby zrobić zdjęcia, pierwszy przejeżdżający samochód zatrzymuje się, a kierowca pyta, czy nie potrzebujemy pomocy.
Jest też druga strona medalu. Problemy pojawiają się głównie w miejscach często odwiedzanych przez turystów. Sprzedawcy nie widzą niczego złego w naciąganiu przyjezdnych.
Sahara jest jednym z głównych celów naszej wyprawy. Tworzy ją głównie hamada – kamienista, piaszczysta pustynia z nielicznymi ciernistymi roślinami. Na tym wyboistym oceanie jest jednak „oaza" pokryta czystym, drobnym jak mąka pomarańczowym piaskiem. To mekka offroadu: wioska Merzeuga i Erg Chebbi – największe wydmy w tym kraju.
Odcinek specjalny
Po raz pierwszy obserwujemy je o wschodzie słońca. Monumentalne góry piachu osiągają 150 m wysokości. Diuny od strony nawietrznej mają łagodny spadek i twardą nawierzchnię, po drugiej stronie jest urwisko i miałki piach.















