Rumunia
Ostatnie takie dzikie rozlewisko Europy
Delta Dunaju. Przy ujściu największej rzeki Europy, przepływającej przez kilka stolic i wielkie miasta, leży tylko kilkanaście rybackich wiosek. Do większości z nich można dostać się jedynie łodzią lub statkiem
– Hej, jesteś Amerykaninem? – krzyczy do mnie po angielsku potężny mężczyzna około sześćdziesiątki, w szortach i złotych okularach, gdy siedzę na nabrzeżu portowym w naddunajskiej Tulczy. Wyjaśniam pomyłkę, ale fakt, że pochodzę z Polski, w równym stopniu cieszy mojego rozmówcę. Jest izraelskim turystą, ale jego żona ma polskie korzenie. Pyta, dokąd się wybieram, jednak moja odpowiedź wyraźnie go martwi. – Do Sfantu Georghe? – nie dowierza. – Ale po co? Co ty tam będziesz robić? Przecież tam nic nie ma. Jedź do Suliny. Tam jest plaża, dziewczyny, bary...
Usiłuję mu wyjaśnić, że właśnie to „nic” szczególnie mnie interesuje, ale nie wydaje się przekonany. Życzy mi udanej podróży i znika w barwnym tłumie wypełniającym nabrzeże.
Trzy odnogi największej rzeki
Obserwowanie Dunaju to prawdziwa przyjemność. Na rzece nieustannie coś się dzieje. Przybijają i odpływają statki – od niewielkich kutrów po luksusowe liniowce pasażerskie, przemykają rybackie łodzie, wyładowuje się lub załadowuje towar. Mieszkańcy położonych w głębi delty wiosek znoszą na pokład zapasy żywności i innych potrzebnych produktów. Słychać pokrzykiwania ludzi, donośne dźwięki syren statków. Ten rytm, właściwy portowym miastom, wciąga.
Tulcza, sporej wielkości miasto położone w południowo-wschodniej Rumunii, nie jest może szczególnie urodziwe, nie ma też zbyt wielu atrakcji turystycznych, spełnia jednak bardzo ważną rolę bramy do delty największej rzeki Europy i jednego z największych portów na Dunaju.
Delta w kształcie trójkąta o bokach długości około 90 kilometrów to jeden z najdzikszych i najmniej zmienionych przez człowieka rejonów naszego kontynentu. Dunaj rozdziela się mniej więcej na wysokości Tulczy na trzy potężne kanały, z których każdy jest znacznie szerszy od naszej Wisły w jej dolnym biegu. Północny prowadzi wzdłuż granicy ukraińskiej, środkowy biegnie do miejscowości Sulina i jest główną arterią żeglugową, otwartą nawet dla morskich statków, a południowy kieruje się do odległej wioski rybackiej Sfantu Georghe, która jest celem mojej podróży.
Pomiędzy tymi trzema odnogami wielkiej rzeki istnieje plątanina setek kanałów, jezior i starorzeczy. Cały teren jest niemal niezamieszkany, jeżeli nie liczyć kilkunastu rybackich wiosek rozrzuconych po delcie. Do większości z nich nie można dostać się lądem, jedynie łodzią lub statkiem. Delta Dunaju to teren bezcenny przyrodniczo i kulturowo. Jego popularność z roku na rok rośnie, ale wciąż trudno tu mówić o turystyce masowej.
Jak na Amazonce
Na nabrzeżu poruszenie. Przerzucono trap i otworzono bramkę promu Maramuresz, który kieruje się dziś do Sfantu Georghe. Dołączam do podróżnych, wśród których przeważają mieszkańcy wiosek położonych w delcie. Jest też paru turystów, m.in. dwoje Polaków z Krakowa, którzy już od ponad tygodnia wędrują po całej Rumunii. Zajmujemy miejsce na górnym, otwartym pokładzie, skąd jest najlepszy widok. Słońce grzeje, ale wieje przyjemny wiatr. Idealna pogoda na podróż statkiem.
Rejs trwa prawie pięć godzin. W miarę zagłębiania się w deltę nikną oznaki cywilizacji. Ostatnim jej przyczółkiem jest wioska Mahmudia, w której statek robi krótki postój. To ostatnia miejscowość, do której można dotrzeć także lądem, dalej już pozostaje jedynie droga wodna (wbrew informacjom z niektórych przewodników prom nie zawija do wsi Murighiol, ponieważ nie leży ona przy samym kanale).
Płynąc w głąb delty Dunaju, można poczuć się jak XIX-wieczny podróżnik-odkrywca, przemierzający niezbadane ostępy rzeki Kongo czy Amazonki. Rozmiary oraz dziewiczość tych obszarów robią niesamowite wrażenie. Po obu stronach rzeki rozpościerają się dziesiątki kilometrów podmokłych lasów wierzbowych lub trzcinowisk. W koronach drzew i szuwarach kłębi się ptactwo. Wrażenie obcowania z pierwotną przyrodą jest nieodparte.
Późnym popołudniem daleko przed dziobem statku ukazuje się linia Morza Czarnego, a na lewym brzegu kanału drzewa ustępują krytym trzciną dachom. Statek przybija do niewielkiego pomostu. Pojawia się tu zaledwie trzy razy w tygodniu, jego przypłynięcie stanowi więc spore wydarzenie w życiu mieszkańców. Na nabrzeżu czekają staruszki w kolorowych chustach, ogorzali rybacy i wszędobylskie dzieci. Z boku ustawił się rząd kilkunastu furmanek oczekujących na towary, które przywiózł prom. Ulice Sfantu Georghe są piaszczyste, ruch samochodowy prawie nie istnieje, bo i dokąd tu jeździć – z jednego końca wioski na drugi? Znacznie lepiej jako środek transportu sprawdza się koń. Trudno oprzeć się wrażeniu, że czas zatrzymał się w tym miejscu dawno temu.















