Wybory samorządowe 2010
Choroba samorządów
Zwyrodnieniu władz lokalnych mogłoby przeciwdziałać ograniczenie możliwości pełnienia najwyższych wybieralnych urzędów (prezydentów, burmistrzów i wójtów) do dwóch kadencji – pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
Trzecia RP to kraina fetyszy. Jednym z nich są samorządy. Nie znaczy to, że samorządność nie jest ideą dobrą, ale traktowana bezrefleksyjnie, jak wszystko, staje się swoim zaprzeczeniem. Podobne podejście reprezentowaliśmy w III RP do rozmaitych instytucji demokratycznego państwa prawa i gospodarki rynkowej, które są zdobyczami cywilizacyjnymi, ale ich adaptacja wymaga namysłu i często skomplikowanych i długotrwałych zabiegów.
Tymczasem u początków III RP daliśmy sobie wmówić, że wystarczy zaaplikować określone rozwiązania prawno-ustrojowe, aby zaczęły one samoczynnie działać. Każda prywatyzacja miała być dobra, każde orzeczenie sądu święte, a każda forma samorządności, również tej korporacyjnej, lepsza niż władza na szczeblu państwowym. I tak kwitła nowa ortodoksja, pod osłoną której rozmaite grupy wpływu wykuwały swoją potęgę i przejmowały kolejne obszary funkcjonowania państwa.
Brudne wspólnoty
Jednym z dogmatów III RP jest założenie, że samorządy i samorządność udały się nam znakomicie. Ma być pewnikiem, że samorządy w Polsce lepiej dystrybuują fundusze publiczne i na zdrowy rozum wydaje się to oczywiste – władze na poziomie niższym lepiej znają potrzeby swoich społeczności i są, w każdym razie teoretycznie, bardziej na widoku – a jednak chciałbym usłyszeć jakieś dane to potwierdzające.
Żeby nie było nieporozumienia: jako zwolennik zasady pomocniczości uważam, że władze na poziomie wyższym powinny robić tylko to, co nie jest możliwe do zrobienia na niższym. Nie zawsze jednak stan ten jest możliwy do osiągnięcia od razu. Władze na szczeblu niższym również mogą ulec deprawacji, a choroby demokracji na tym poziomie są nie mniej dotkliwe niż na poziomie wyższym.
Wydaje się nawet, że w państwach bez utrwalonej kultury demokratycznej, a takim państwem jest Polska, to właśnie na poziomie niższym łatwiejsze jest utrwalenie się układów rozmaitych "brudnych wspólnot" zawłaszczających kawałki kraju.
Dla wyjaśnienia dodaję, że Polska cieszy się niezwykle wartościowymi, republikańskimi tradycjami, które przejawiają się w intuicjach i postawach obywatelskich, ale długotrwały brak instytucji niezależnego państwa spowodował, że trzeba je dopiero odbudować i zaadoptować do potrzeb nowoczesnego państwa.
Sposobem przeciwdziałającym zwyrodnieniu samorządów byłoby ograniczenie możliwości pełnienia najwyższych wybieralnych urzędów (prezydentów, burmistrzów, wójtów) do dwóch kadencji. Nie oznacza to, że jest to lek doskonały i nie ma czynników ubocznych. Te ostatnie są dość oczywiste. To odsunięcie od władzy dobrych i doświadczonych gospodarzy.
Wydaje się jednak, że należy zaakceptować te dolegliwości, aby zwalczyć problemy poważniejsze, a w każdym razie przemyśleć to rozwiązanie w kontekście najbliższych wyborów samorządowych, aby następne mogły już przebiegać w nowej sytuacji prawnej.
Partyjne naciski
Krytyka samorządów jest dziś o tyle bardziej dwuznaczna, że rządy PO konsekwentnie prowadzą wobec nich politykę partyjnych nacisków. Wspierają "swoje" samorządy, a usiłują blokować te, w których zwyciężyła ich konkurencja. Możliwości takie ze strony władzy centralnej są spore, a potrzeba współdziałania z nią w wypadku poważniejszych przedsięwzięć naturalna. Wykorzystując poparcie w ośrodkach opiniotwórczych rząd PO działa przeciw konkurencyjnym samorządom, nie licząc się specjalnie z pozorami.
Chyba najbardziej spektakularna była sprawa prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza, który projektował niezależną karierę polityczną wyłącznie z ewentualnym startem w ogólnopolskich wyborach prezydenckich. Zrezygnował z nich na skutek presji ze strony ówczesnego szefa MSWiA, Grzegorza Schetyny, który – aby utrudnić życie Dutkiewiczowi – zaczął blokować ambitniejsze projekty zarządzanego przez niego miasta. Ta szkodliwa polityka PO nie powinna jednak powodować zamykania oczu na wynaturzenia polskich samorządów, które są zresztą funkcją głębszych problemów nurtujących nasz kraj.















