Rozmowy
Przeszłość nas odnajdzie
- Zapisz się na barkę z Paskiem
- Nocą w murach Starówki, za dnia śladem urwisów
- Warszawskie Dzieci pójdziemy w bój...
- Obchody 67. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego
- W hołdzie wojownikom wolności
- Kadry i dźwięki Powstania ’44
- Powstanie pokazane inaczej
- Powstanie trafi na ekrany
- Otwarte okna wolności
- Kalendarz wydarzeń szlakiem sierpnia 1944
Rozmowa: Józef Skrzek, twórca muzyki do „63 dni gniewu”, spektaklu o powstaniu warszawskim, mówi o wolności w czasach komercji i niebezpiecznej polskiej fantazji
Reżyser Jarosław Minkowicz postanowił opowiedzieć historię od tyłu. „63 dni gniewu" rozpoczną się od kapitulacji, a skończą nadzieją na wolność. Jak pan tę chronologię odwróci w muzyce?
Józef Skrzek: Zaczniemy od dzwonów – dźwięku, który przypomina echo. Na początku jest otwarta rana, wycieńczenie i przygnębienie, a więc tonacja molowa. Ale potem będę stopniowo rozjaśniał nastrój, przechodząc do tonacji witalnych, durowych. Zbudujemy klimat nadziei, szansy na powrót emocji z pierwszych dni walki.
Finał będzie entuzjastyczny?
Nie, spokojny, grany ze świadomością końca. Muzyka wyrazi tylko radość życia, którą ma w sobie młody człowiek chętny do obcowania ze światem i do miłości, ale także gotowy do bitwy, bo czuje się upokorzony. Muzyka będzie elektroniczna i fortepianowa.
Zaprosiłem chór, kwartet smyczkowy, bębniarzy i akordeonistów z Motion Trio. Powierzyłem im lejtmotywy, a sam będę budował oprawę dla aktorów. Odwrócona chronologia nie zmienia istoty rzeczy: pozostają podziemne tunele, walka, młodość, strach i nadzieja. Mam na uwadze przede wszystkim poświęcenie ludzi, ich determinację. Chcieli wolności. Szli do walki, bo się umówili i tyle.
Pan, Ślązak z Siemianowic, przygotowuje muzykę do spektaklu o powstaniu w stolicy. Czy los walczących tu ludzi jest panu bliski?
Sięgam do własnych korzeni. Moja rodzina walczyła od pokoleń. Dziadowie to powstańcy śląscy. Wuj Józef, brat ojca, działał w Armii Krajowej, został powieszony przez hitlerowców podczas publicznej egzekucji w 1941 roku. Miał nieco ponad 30 lat. W latach 90. współtworzyłem dedykowany mu spektakl „Bytkowskie drzewo".
A duch moich przodków objawia się w różnych decyzjach. Choćby w tym, że zamieszkałem na ojcowiźnie, zamiast robić karierę w Ameryce. W powstaniu warszawskim najważniejsza jest ludzka odwaga. Wiedzieć, że się zginie, a jednak iść dalej, to najwyższy wymiar człowieczeństwa. Ważne, żebyśmy przenosili pamięć o tym do współczesności.
Czy dzisiejszy 20-latek żyjący w dobrobycie i spokoju, bo wojny toczą się w odległych krajach, ma szansę zrozumieć emocje swoich rówieśników w 1944?
Spróbujemy go wciągnąć. Mamy 90 minut, żeby zabrać go w tamten świat. Dziś wolność objawia się jako możliwość manewrowania między wieloma sprawami. Ludzie kombinują: szukają kariery, pieniędzy, spełnienia. Każdy, sam definiuje, czego chce i każdy ma rację. Największym wyzwaniem jest odnaleźć się w tej wielości. To dotyczy nie tylko młodych.
Pan zawsze szedł własną ścieżką, jest wzorem artystycznej niezależności.
Przez lata parłem naprzód, w świat, chciałem robić mnóstwo rzeczy: nagrywać, koncertować, podróżować. Na początku lat 80., po premierze filmu Jerzego Skolimowskiego „Ręce do góry", do którego napisałem muzykę, pojawiła się szansa wyjazdu do USA. Ale zrozumiałem, że mam inne obowiązki – jestem najstarszy w rodzie, czuję się związany ze Śląskiem. Żyję wśród familoków, oddycham tym samym powietrzem, tu mam dom. Zostałem.
Wyszła z pana polska dusza przywiązana do losów narodu?
Raczej duch rodziny – skoro tamten Józef tu zginął, to ja – drugi Józef, też powinienem żyć tutaj. Ziemia mnie przyciągnęła. Moje nastoletnie córki podróżują, ale nie zachłystują się światem, bo znają swoje korzenie. Świat jest piękny, gdy go poznajesz i dotykasz, ale musisz wiedzieć, skąd pochodzisz.















