Ludzie
Każdy film to moje życie
Martin Scorsese o swojej nowej produkcji, dyktacie widzów oraz o szacunku dla polskich reżyserów, opowiada Barbarze Hollender
Pana ostatni film "Hugo i jego wynalazek" jest dla widzów zaskoczeniem. Martin Scorsese i kino familijne w 3D?!
Martin Scorsese: Książka Briana Selznicka ogromnie spodobała się mojej najmłodszej córce, która ma 12 lat. Ja też w tej opowieści o samotnym chłopcu znalazłem coś, co pamiętam z dzieciństwa. Jako astmatyk, który stale miewał ataki duszności, skazany byłem na izolację. Nie mogłem grać z kolegami w piłkę, więc wędrowałem w świat wyobraźni. Miałem małe urządzenie, do którego wkładałem slajdy z kwiatami, zwierzętami, lalkami, obrazkowymi historyjkami. To było moje pierwsze 3D. Potem, w latach 50. zaczęły powstawać filmy w technice stereoskopowej. Nie najlepsze, ale doświadczenie trójwymiaru fascynowało mnie. Te okulary, głębia, magia... Po latach, już jako dojrzały reżyser, znów doznałem olśnienia dzięki Jamesowi Cameronowi i jego "Awatarowi". A "Hugo" wydawał mi się znakomitym tematem dla 3D. Postanowiłem go zrobić w prezencie dla córki, ale i dla siebie. Każdy artysta powinien walczyć, by zachować w sobie odrobinę dziecięcej fantazji. Zapomnieć czasem o odpowiedzialności, pieniądzach i dać się ponieść wyobraźni.
Twórcy, którzy robili mocne filmy społeczne, zaczęli opowiadać bajki z happy endem. Świat w dobie kryzysu potrzebuje nadziei?
Pewnie zawsze potrzebował, tylko my zrozumieliśmy to teraz, bo się zestarzeliśmy.
"Hugo" to także film o magii ruchomych obrazów. Ale kino bardzo zmieniło się od czasów, gdy zaczynał pan karierę.
Dzisiaj ekran został zdominowany przez nowe wynalazki. Kończy się epoka celuloidowej taśmy, jednak istota kina pozostaje taka sama – trzeba opowiadać historie. Każdy film – polski, rumuński, francuski czy amerykański – jest inny. Jednak każdy jest rozmową z widzem.
W jednym z wywiadów powiedział pan, że to widz, a nie reżyser, producent czy gwiazda, dyktuje w kinie warunki.
To oczywiste. Gdyby publiczność nie lubiła filmów akcji z facetami biegającymi po ekranie, eksplozjami i pościgami, wytwórnie przestałyby je robić.
A nie martwi pana, że na listach przebojów króluje rozrywka na marnym poziomie?
W latach 50., w czasach mojego dzieciństwa, publiczność też lubiła musicale i kino akcji. Potem coś zaczęło się zmieniać. Starsi widzowie wciąż byli przywiązani do dawnego kina, ale młodzi szukali nowej estetyki. W Europie pracowali Fellini, Antonioni, Bergman. My w Stanach w latach 70. robiliśmy ostre filmy społeczne, pokazujące przemoc, seks, ale też tęsknotę za wolnością. I te tytuły przebijały się przez komercyjny chłam. Dziś widownia znów szuka przede wszystkim rozrywki. Trzeba włożyć duży wysiłek w jej edukację – przypomnieć, że w kinie można przeżyć coś ważnego.
Które filmy z własnego dorobku są dla pana najważniejsze?
Z pewnością "Ulice nędzy". Wspaniale przyjęte przez krytyków i widzów, dały mi siłę i wiarę, że jestem na właściwej drodze. Specjalnym czasem był dla mnie okres kręcenia "Wściekłego byka". Czułem, że jakiś etap się w moim życiu kończy, a inny zaczyna. Niedługo potem zrobiłem "Ostatnie kuszenie Chrystusa". Ostatnio ekscytującym doświadczeniem stała się dla mnie realizacja "Awiatora". Ważne są jednak nie tylko tytuły, także ludzie. Z wieloma stale pracuję, dobrze się znamy i rozumiemy. De Niro czy Di Caprio zawsze mnie inspirowali. Robert namówił mnie do zrobienia "Wściekłego byka" i "Króla komedii", Leo przekonał do "Awiatora". Choć jest ode mnie dużo młodszy, mamy podobne podejście do życia.















