Dopalacze
Polak skazany za dopalacze
Dwa lata więzienia i sześć lat zakazu wjazdu na terytorium Czech – taki wyrok usłyszał wczoraj Artur Sławomir K. To pierwsza tego typu sprawa w Czechach
W jednym z najbardziej liberalnych krajów Europy, w którym legalnie można posiadać przy sobie niewielkie ilości marihuany, a nawet heroiny, jeszcze nikt nigdy nie został skazany za dystrybucję tzw. narkotyków syntetycznych.
– To sprawa przełomowa – przyznał wczoraj prokurator Jaroslav Kouril. Dodał, że co prawda czeskie sądy rozpatrywały już kilka podobnych spraw, ale jeszcze nigdy nie zapadł żaden wyrok skazujący. – Wysłaliśmy jasny sygnał, że w Republice Czeskiej nie będziemy tolerować handlu narkotykami – powiedział.
Artur Sławomir K. ma 26 lat i jeszcze niedawno sprzedawał dopalacze w Polsce. Do Czech przeniósł się, gdy proceder ten został w Polsce zakazany. Tam założył firmę Poland Corporation i przez sieć sklepów o nazwie Amsterdam rozprowadzał narkotyki. Sprzedawał je jako produkty kolekcjonerskie i reklamował w lokalnych stacjach radiowych, a także na swojej stronie internetowej. Miał sklepy w Ostrawie, Ołomuńcu i innych miastach.
– Według czeskich mediów sprzedawał dopalacz mefedron o działaniu stymulującym, podobnym do amfetaminy. Narkotyk ten rzekomo jest produkowany w Chinach, a jego skład chemiczny jest podobny do katu (czuwaliczki jadalnej) hodowanego we wschodniej Afryce. Jest bardzo niebezpieczny – mówi „Rz" Radka Opatrilova z Instytutu Farmacji w Brnie.
I mefedron, i kat są zakazane w Polsce od końca 2010 roku. Dokładnie w tym samym czasie w Czechach padła propozycja, by i tu wprowadzić zakaz sprzedaży dopalaczy. Udało się wprowadzić go w życie dopiero w kwietniu 2011 roku.
Polak został zatrzymany niemal natychmiast. Jego proces ruszył we wrześniu. Nie przyznał się do winy, twierdząc, że sprzedawał legalne substancje. – Mefedron sprzedawany jest w postaci tabletek lub proszku, który można połknąć, wąchać lub wstrzyknąć. Efekt jest podobny jak po amfetaminie lub kokainie – tłumaczy Opatrilova.
Na sali sądowej zeznawali jednak świadkowie. Jeden z nich opowiedział, jak po zażyciu środka przez kilka godzin bał się wyjść z domu, bo myślał, że ktoś chce go zabić. Substancję kupił, gdy usłyszał reklamę w radiu.
– Udowodniono, że substancje, które sprzedawał Polak, wywoływały identyczny efekt jak nielegalne narkotyki. To tak, jakby K. sprzedawał kolekcjonerom granaty ręczne bez zabezpieczeń i nie brał na siebie odpowiedzialności za to, że klientom wybuchły w ręce – powiedziała sędzia Marketa Langerova.















