Muzy stolicy '44
Stolica wolności w ogniu
10 najważniejszych książek o Powstaniu Warszawskim
Powstanie Warszawskie wzięło się z ducha eposu. Dlatego pisząc o – moim zdaniem – najważniejszych książkach mu poświęconych, ograniczyłem się do epiki właśnie, prace historyczne, wspomnienia, relacje i poezję traktując jako temat na inny artykuł i inny ranking.
1. Melchior Wańkowicz
Autobiograficzna opowieść o rodzinie autora, z wyeksponowanym wątkiem jego starszej córki Krystyny, która zginęła w powstaniu jako łączniczka batalionu „Parasol”. Po ukazaniu się tej książki w kraju – w 1957 roku, sześć lat po pierwszej edycji emigracyjnej – czytelnicy „Życia Warszawy” uznali ją za najlepszą publikację poświęconą powstańczej Warszawie.
Melchiora Wańkowicza omijały nagrody literackie, ale to wyróżnienie równe jest Noblowi. Na „Ziele...” głosowali przecież ci, którzy pamiętali 63 dni powstańczej Warszawy, którzy je przeżyli. Tymczasem pisarz był wtedy poza Polską. Atmosferę miasta, które z całą determinacją rzuciło się do walki z Niemcami, oddał bezbłędnie na podstawie opowieści żony, rozmów z akowcami, którzy znaleźli się na Zachodzie, listów. A sceny poszukiwania przez matkę Krystyny ciała córki zabitej w szóstym dniu powstania, w czasie walk „Parasola” na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim przy Młynarskiej, poszukiwania bezskutecznego, bo ciała nie odnaleziono, należą do skarbca literatury. Zresztą któż tego nie pamięta?
„Schodząc, zobaczyła patrol idący z Długiej. Oficer, dziecko niemal, wyskoczył z pistoletem.
– Pani wie, że zabroniono wracać?
– Wiem.
– Zna pani prawo wojenne?
– Znam.
Stropił się.
– A cóż panią broni?
Co ją broni? Nie bronią ci, co stawiali tę barykadę, bo już ich nie ma. Nie broni przepustka, bo jej nie otrzymała. Nie bronią papierosy, bo je oddała.
Przeszła połowę pustej Warszawy, szła parę godzin, a było, jakby przeszła wieki i niezmierzoność pokoleń, które tu żyły. Cóż ją broni wobec tego nawiałka, który znaczy tak mało, i jego pistoletu, który może znaczyć tak dużo?
– Bloss das – przeżegnała się wolno szerokim uczciwym krzyżem i poszła”.
2. Miron Białoszewski
„Pamiętnik z Powstania Warszawskiego”
W 1970 r., gdy książka ta ujrzała światło dzienne, wywołała szok. Powstanie miało już swoją utrwaloną legendę; kwestionowano, oczywiście, jego celowość (co czyni się po dziś dzień, vide: cała eseistyka Tomasza Łubieńskiego), nikt nie wątpił jednak w bohaterstwo walczącej młodzieży, cieszącej się poparciem, jakoby, wszystkich mieszkańców stolicy.
I oto Białoszewski zburzył ten mit, pokazując powstanie okrutne, by nie powiedzieć – wstrętne, w którym dominowały lęk, groza i głód. Białoszewski pisał w pierwszej osobie, eksponując sprawy osobiste i swego przyjaciela, też poety, Swena Czachorowskiego. Obaj byli w powstaniu cywilami, co im potem wypominano, ba, były nawet próby interpretacji „Pamiętnika...” jako ekspiacji za tamten unik od zaangażowania się w walkę. W walkę? „Nie wiem, czy najpierw zaczęło się bombardowanie, czy wielka sraczka. Wiem, że najpierw Swen. Zaczął latać. Do wychodka na podwórku. Z trzeciego piętra. I to co i rusz. Sraczka i rzyganie. Wielkie. To i to. Podejrzewam, że to już go złapało pod koniec tej ostatniej (świętej) niedzieli. Mnie chyba w poniedziałek. Od rana. Ta pogoda. Wiadoma. Upał. Palenie śmieci w śmietniku. Wspólnym dla Chmielnej 32 i dla kina Palladium, bośmy mieli wspólny mur z dziurą. I u nich była woda. U nas nie. U nas za to leżały trupy na podwórku. Już od soboty. A łachy z tych trupów, takie różne zakrwawione kapoty, wisiały na klamce wychodka. Więc jak się zaczęła nasza lataczka, to nam to nie było miłe”. Miłe? Taki był może początek powstania, który w wersji Białoszewskiego zyskał sławę: „Patrzymy, a tu ktoś, chyba w niemieckiej tygrysce, w furażerce, z opaską, przeskakuje przez ten czerwony murek z tamtego podwórza na nasze. Skoczył na nasz śmietnik z klapą. Z klapy na stołek. Ze stołka na asfalt.















