66. rocznica Powstania Warszawskiego
Szukając autentycznych zdarzeń
Jacek Raginis, reżyser, między innymi dwóch teledysków grupy Sabaton, opowiada o dzielnych przodkach, potopie szwedzkim, konkurencji ze strony amatorów i różnych spojrzeniach na Powstanie Warszawskie
Z grupą Sabaton lody przełamał pan przy okazji pracy przy poprzednim teledysku „40: 1”. Czy w ogóle trzeba było przełamywać jakieś lody? Jak się poznaliście i jak ta znajomość się rozwijała?
Jacek Reginis: Wszystko zaczęło się od niewielkiej notki w „Rzeczpospolitej” w maju 2008 roku. Była w niej mowa o szwedzkim zespole, który śpiewa o bitwie pod Wizną. Wtedy właśnie zadzwonił do mnie prezes Stowarzyszenia Wizna 1939, pytając, czy mam coś wspólnego z dowódcą kapitanem Władysławem Raginisem. Przyznałem, że jestem wnukiem rodzonej siostry kapitana Marii Morawskiej z d. Raginis.
I tak zrodził się pomysł zrealizowania profesjonalnego klipu do piosenki „40: 1”. Początkowo Sabaton wydawał się sceptyczny wobec takiej propozycji. Zgadzając się na realizację teledysku w Polsce, nie do końca wiedzieli, czego mogą się spodziewać.
A jednak efekt końcowy okazał się dla nich miłą niespodzianką. Dlatego się umówiliśmy, że kolejny teledysk związany z polską historią zrobimy razem. Nie było tylko wiadomo, czy będzie to historia o Dywizjonie 303 czy o Powstaniu Warszawskim.
Szwedzki zespół popularyzuje polską historię – i to jest wspaniałe.
Z tym że straty, jakie ponieśliśmy niegdyś ze strony naszego północnego sąsiada przy okazji potopu były podobno równie ogromne, co te powojenne. Nie czuł pan w związku z tym delikatnego dyskomfortu wynikającego ze współpracy?
Skądże. Negatywne doświadczenia z potopem szwedzkim mają dziś wymiar jedynie historyczny. Współczesnym Polakom Szwecja kojarzy się raczej pozytywnie. Na przykład jako kraj udzielający azylu politycznego emigrantom politycznym po 1968 roku – to właśnie tam powstało przecież znakomite pismo „Aneks”. Potem była emigracja solidarnościowa w latach 80. Nie można też zapominać, że w czasie wojny Sztokholm był punktem przerzutowym kurierów polskiego podziemia, a szwedzcy dyplomaci mają zasługi we wspieraniu polskiego ruchu oporu i ratowaniu polskich Żydów.
Jakie są główne różnice między pracą nad „40: 1” a „Uprising”?
Chociaż historia obu teledysków rozgrywa się w czasie II wojny światowej, różnice są spore. Przede wszystkim, tworząc „40: 1”, dysponowaliśmy wielokrotnie mniejszym budżetem, a realizacja scen historycznych była w dużej mierze improwizowana. Ostateczny kształt klipu wyłonił się dopiero w trakcie montażu. Zabrakło też profesjonalnych aktorów, którzy wcieliliby się
w role obrońców Wizny, kapitana Raginisa i porucznika Brykalskiego. A w wypadku „Uprising” od początku istniał precyzyjny scenariusz i storyboard, na którym udało się rozrysować niemal wszystkie ujęcia. W przeciwieństwie do „40: 1” w klipie o powstaniu opowiadamy pewną historię, w centrum której znajduje się para powstańców Paweł i Nina. Wreszcie, realizując klip, mogliśmy liczyć na udział tak znanych aktorów jak Peter Stormare, Mateusz Damięcki i Monika Buchowiec.
Ostatecznie zrealizowaliśmy krótki film fabularny, w którym mieliśmy do dyspozycji środki stosowane w regularnej produkcji filmowej, byliśmy w stanie zrealizować zarówno sceny kameralne, jak i duże sceny zbiorowe. Każdego dnia pracowało na planie około 200 osób. Tak więc, jeśli chodzi o skalę przedsięwzięcia, obydwie realizacje dzieli przepaść.
Ale z tego, co widzę, oba klipy powstawały dwa miesiące. Czy życzyłby pan sobie więcej czasu, czy to w zupełności wystarcza?
„40: 1” rzeczywiście powstawał około dwóch miesięcy, ale w przypadku klipu „Uprising” wiele czasu zajęło nam przygotowanie produkcji, poszukiwania sponsora, negocjacje z agentem Petera Stormare’a, działania stricte producenckie. Kilkakrotnie też przekładaliśmy termin zdjęć, które początkowo miały się odbyć pod koniec marca. Ostatecznie udało się doprowadzić do realizacji 18 – 19 maja i wszystko się udało. Potem pozostało nam kilka tygodni na postprodukcję, ponieważ zależało nam, aby premiera teledysku odbyła się dokładnie 1 sierpnia. Myślę jednak, że tak długi okres realizacji jest wyjątkową sytuacją. Osobiście wolę, kiedy pracę można zakończyć od dwóch do czterech tygodni.













