Publicystyka
Rodzina zrobi swoje, rodzina może odejść
Dwie główne partie w Polsce chętnie deklarują przywiązanie do wartości rodzinnych, ale równie chętnie poświęcają je dla poszerzenia elektoratu – piszą publicyści
Wartości rodzinne to ważny oręż Bronisława Komorowskiego w tej kampanii. Nie przeszkodziło mu to jednak w podpisaniu skrajnie antyrodzinnej ustawy, czym pochwalił się na Kongresie Kobiet Polskich przed pierwszą turą wyborów.
Ustawę „o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie” marszałek podpisał błyskawicznie. Wcześniej przez trzy dni, co kilka minut, na sejmowe, poselskie i prezydenckie skrzynki przychodził e-mail z prośbą o weto i zdjęciem rodzinnym. Półtora tysiąca takich głosów zostało zlekceważonych. Kilka tygodni wcześniej marszałek zignorował prośbę organizacji rodzinnych
o niepoddawanie ustawy pod głosowanie w czasie wyborczym, aby w późniejszym terminie możliwa była spokojna dyskusja. A w domyśle także, by decyzję w tak ważnej sprawie podjęła osoba wybrana demokratycznie na urząd głowy państwa, a nie tylko pełniąca obowiązki głowy.
Autor! Autor!
„Tytuł ustawy nie jest do końca adekwatny do treści” – ocenił Komorowski po podpisaniu. Kłopot w tym, że cała ustawa jest nieadekwatna do rzeczywistości. Jej projekt wzbudził sprzeciw nawet wśród senatorów i posłów koalicji. Nic dziwnego, skoro jej założenia urągają zdrowemu rozsądkowi, interesowi społecznemu, wolnościom obywatelskim i zasadom państwa prawa, choćby takim jak domniemanie niewinności.
Posłom, którzy odważyli się mieć inne zdanie, Klub PO narzucił dyscyplinę w głosowaniu. Wyłamało się trzech.
Z radykalną krytyką projektu wystąpili prawnicy. Prof. Andrzej Zoll podsumował: „to głupie pomysły, naprawdę głupie”. Rzecznik praw obywatelskich, śp. Janusz Kochanowski, planował zaskarżenie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Powiedział też: „cała ustawa jest napisana tak niedbale, że chciałoby się poznać jej autorów”.
Twórców projektu znajdziemy w składzie małej sejmowej podkomisji, która połączyła w jeden tekst dwa projekty: rządowy i Lewicy, wzbogacając go dodatkową treścią. Posłów wspierali przedstawiciele organizacji pozarządowych zajmujących się przemocą domową, dla których notabene państwowy system walki z tym zjawiskiem stanowić będzie źródło utrzymania. Trudno z góry posądzać kogokolwiek o złe intencje. Jednak efekt pracy tego gremium prezentuje tak jednostronne spojrzenie na problem, że przywołuje na myśl znany z psychologii mechanizm gromadomyślenia. Zespół ekspertów tak bardzo alienuje się od rzeczywistości, że ignoruje wszelkie głosy sprzeczne z przyjętą doktryną.
Zaglądanie pod kołdrę
Doktryna ustawy jest prosta: rodzina to miejsce ciemiężenia, z którego należy wyemancypować i kobietę, i dziecko. Cel osiągniemy, poddając rodzinę totalnej kontroli. Danuta Nowakowska z Centrum Praw Kobiet ogłosiła publicznie, że przemoc występuje w 70 procent rodzin. Podobnie porażające w skali dane znajdziemy w oficjalnym tekście ustawy.
Zgodnie z doktryną całkowicie zmieniono sytuację ofiary. Dotąd mogła prosić o interwencję, teraz nie będzie mogła jej odmówić. Urzędnicy wkroczą w życie każdego, kto zostanie zgłoszony jako domniemana ofiara przemocy ze strony bliskich. Interwencja będzie prowadzona „bez zgody i wiedzy” zainteresowanych (art. 9 c).
Władza, która stosuje cichą amnestię z powodu przepełnionych więzień, będzie teraz ścigać rodziców dających niesfornym dzieciom klapsy
Marszałek Komorowski stwierdził, że ustawa rozwiąże poważne problemy kobiet, „na obszarze daleko idącej intymności i prywatności”. Państwo w roli dobrego wujka, z ambicją naprawiania zawiłych relacji rodzinnych, zajrzy nie tylko przez okna, ale i pod kołdry.
Kontrola polskich domów
Dwa i pół tysiąca zespołów interdyscyplinarnych w całym kraju zajmie się kontrolą polskich domów. Senator PO Jan Rulewski nazwał ten pomysł „lustracją rodziny”. Struktura będzie działała w kraju, w którym już teraz 30 tysięcy dzieci odebrano rodzicom z powodów ekonomicznych, a 100 tysięcy dzieci umieszczono w kosztownych formach opieki państwowej.
Sześć milionów domów skontrolować chce państwo, które stworzyło system kilku tysięcy gimnazjów i nie jest w stanie poradzić sobie z panującą w nich agresją. Władza, która stosuje cichą amnestię z powodu przepełnionych więzień, będzie teraz ścigać rodziców dających niesfornym dzieciom klapsy. Podobno to zakaz bez sankcji. Ale przepisy zrównują klaps













