Powódź w Polsce
Amfibią do lokalu wyborczego
Część powodzian głosowała, bo robiła tak zawsze. Inni uznali, że teraz to nawet najlepszy prezydent im nie pomoże
W dwukrotnie ostatnio zalanych Sokolnikach w gminie Gorzyce (Podkarpacie) prowizoryczny lokal wyborczy urządzono w domu kultury. – Jedną z sal udało się przystosować – mówi przewodniczący komisji Krzysztof Nowak. Pomogły więźniarki z aresztu w Nisku. Namoknięte drzwi usunięto i zastąpiono kotarami. – Wody było po koronę orła – członek komisji Alina Tworek pokazuje na zawieszone pod sufitem godło państwa. – Trochę tu jeszcze cuchnie.
Większość mieszkańców Sokolnik jeszcze nie wróciła do domów. Śpią u bliskich, w szkołach, internatach, a w dzień przyjeżdżają sprzątać. Zofia i Marian Skrzypaczowie byli wśród pierwszych głosujących. – Przez tragedię nie możemy przestać być obywatelami – mówią. Liczą, że po tym wielkim kataklizmie państwo się obudzi i zacznie troszczyć o zwykłych ludzi.
– Ja uciekałam przed wodą prawie nago – opowiada 77-letnia Zofia Kutyła z Sokolnik. Mieszka samotnie. Woda zniszczyła jej dorobek życia: lodówkę, pralkę i telewizor. Martwi się, za co odbuduje piec kaflowy. – Przyszłam oddać głos, bo zawsze chodziłam na wybory - mówi. – Może będzie lepiej.
Sprzątać czy głosować
W pobliskich Furmanach o godz. 11 frekwencja była niewielka. Na 550 uprawnionych głosowało 50 osób. – Ludzie zajęci są sprzątaniem, ale będą jeszcze dwie msze i może trochę osób przyjdzie – mówią członkowie komisji.
W nieodległym Zalesiu Gorzyckim do domów wrócili nieliczni. Adamina i Marek Bartoszkowie od trzech tygodni śpią w namiocie ustawionym na wale rzecznym. To najwyższy punkt we wsi. Pilnują czterech krów i cielęcia, które wyprowadzili na koronę wału, gdy wieś zaczęła zalewać woda. – Tu przynajmniej mamy świeże powietrze, bo w domu potwornie cuchnie – mówi pani Adamina. Dom mają kilkadziesiąt metrów od wału. Był zalany powyżej parteru. – Jeszcze tylko kaczki połapię, królika nakarmię i zawiozę całą rodzinę na wybory – mówi syn Bartoszków Sylwester. – Oddamy głos na Kaczyńskiego, bo on doświadczył jeszcze większej tragedii niż nasza – zaznacza pani Adamina.
W Zalesiu Gorzyckim nie ma lokalu wyborczego, bo miejscowa świetlica została kompletnie zniszczona. Mieszkańcy są dowożeni do Gorzyc. Zastępczy lokal urządzono tam w sali ślubów. – Wystarczy zadzwonić i busy dowiozą każdego, kto chce głosować – mówili członkowie komisji.
W południe zadzwonił Józef Warzycki. Powiedział, że ma 99 lat. – Czy możecie przyjechać? – pytał pracownicę urzędu gminy. – Już wysyłamy samochód – odpowiedziała.
W prawobrzeżnym Sandomierzu wyborców co godzinę do lokali dowoziły bezpłatne autobusy komunikacji miejskiej. Tam, gdzie woda jeszcze nie ustąpiła, mieszkańcy mogli skorzystać z amfibii wojskowej.
Mieszkańcy Świniar pod Płockiem nie mogli głosować w swojej miejscowości. Dowożono ich do lokalu w pobliskim Juliszewie.
Tego obowiązku żaden żywioł nie odbierze
W ośrodku Caritasu w Gorzycach przebywa jeszcze 60 powodzian. – A kto kandyduje? – pyta jeden z mężczyzn ewakuowany z Sokolnik. Mówi, że od miesiąca nie oglądał telewizji i nie zamierza głosować. – Nie podam nazwiska, bo to jest teraz cały dorobek mojego życia – pokazuje czarny garnitur, który dostał z darów.
Teresa Nowak z Trześni z czteroosobową rodziną już miesiąc mieszka w ośrodku Caritasu. – Idę na mszę, ale do lokalu wyborczego nie wstąpię – zaznacza. Opowiada, że jej parterowy dom dwukrotnie został zalany po sam komin. – Nie mamy gdzie wracać i nawet najlepszy prezydent nam nie pomoże – tłumaczy. Uważa, że po pierwszej powodzi powinien zostać wprowadzony stan klęski żywiołowej.
- Woda zabrała nam wszystko, więc co nam teraz pozostało? Nic, tylko głosowanie. Tego prawa i obowiązku żaden żywioł nam nie odbierze – wzdycha Robert Pietras z zalanego dwukrotnie Szczekarkowa w gminie Wilków na Lubelszczyźnie.
Myślą, jak przeżyć, a nie – kogo wybrać
W niedalekim Dobrem słychać całkiem inne opinie. – Na co nam są te wybory, skoro tu taki chaos panuje. Ludzie myślą o tym, jak przeżyć kolejny dzień, a nie – kogo wybrać na prezydenta – tłumaczy Paweł Chodoła, który sam przyszedł głosować. Obawia się jednak, że po kampanii pomoc powodzianom nie będzie już tak popularna. – Politycy zapomną o Wilkowie. Przed wyborami wszyscy dużo mówią, a potem mało robią, niestety – konstatuje.















