REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Kultura » Historia » Zagłada elit

Zagłada elit

Po ojca przyszli nocą

Piotr Zychowicz 04-03-2010, ostatnia aktualizacja 04-03-2010 05:57
 Janina Wehrstein dziś (trzyma swe zdjęcie z antykomunistycznej manifestacji w stanie wojennym), Zbiory rodzinne
autor: Piotr Wittman
źródło: Fotorzepa
Janina Wehrstein dziś (trzyma swe zdjęcie z antykomunistycznej manifestacji w stanie wojennym), Zbiory rodzinne
Z ojcem na archiwalnych fotografiach. Zbiory rodzinne
autor: Piotr Wittman
źródło: Fotorzepa
Z ojcem na archiwalnych fotografiach. Zbiory rodzinne

Janina Wehrstein: Straszliwe rządy Sowietów poznaliśmy na własnej skórze...

Rz: Kiedyś zwracano się podobno do pani „jaśnie panienko”.

To prawda. Wiem, że w 2009 roku to może wydać się bardzo dziwne, ale mówimy o latach 30. To była zupełnie inna epoka, inna rzeczywistość. Moi rodzice byli ludźmi bardzo majętnymi i nasza służba — na czele z moją boną — właśnie tak do mnie mówiła. „Niech jaśnie panienka usiądzie”, „Niech panienka zejdzie na dół”.

Gdzie pani mieszkała przed wojną?

W Stryju pod Lwowem. Ojciec, Władysław Wehrstein, był fabrykantem i oficerem rezerwy. Bił się w 1920 roku i bolszewicka kula dum-dum rozszarpała mu rękę. Do końca życia miał problemy z poruszaniem palcami. Nasz ogromny dom przylegał do sadu i fabryki. Należała do nas właściwie cała ulica Fredry. Oprócz tego babcia miała w pobliżu wieś. Pamiętam jak do babci przyjeżdżali ułani po owies dla koni. Byli w rogatywkach, zielonych mundurach i błyszczących pasach. Dla większości dziesiejszych Polaków takie mundury to rekwizyty filmowe. To prawda, ja jednak pamiętam przedwojenną Polskę znakomicie. Przede wszystkim było to państwo wielonarodowe. Żyliśmy w wielkiej przyjaźni z Ukraińcami. Stykałam się z nimi szczególnie w majątku babci, gdzie ukraińska była cała służba. Bawiłam się z miejscowymi dziećmi, dzięki czemu znakomicie znałam ukraiński. Opiekowała się mną Anka, a furman Fredzio woził mnie wraz z siostrą do szkoły.

A Żydzi?

Oczywiście ich także pamiętam znakomicie, ale głównie ze Stryja. Sklep spożywczy w pobliżu naszego domu prowadził niejaki pan Wilk. Nosił brodę, pejsy. Muszę przyznać, że ojciec niezbyt chętnie patrzył na to jak babcia robiła u niego zakupy. Ale ona niewiele sobie z tego robiła. Dlaczego? Bo u Wilka było najtaniej. Ja też do niego zaglądałam po cukierki.

Mówi pani o ojcu i babci. A mama?

Moi rodzice byli rozwiedzeni, nie mieszkała z nami. Wyszła za mąż za lotnika. Ten człowiek podczas wojny znalazł się na Zachodzie i walczył w RAF-ie. Mama próbowała do niego uciec, ale została złapana na granicy przez bolszewików i zesłana na Sybir. Wydostała się stamtąd dopiero z armią Andersa. Natychmiast pojechała do Anglii, ale jej drugi mąż już nie żył. Poległ w jeden z bitew.

Pamięta pani dzień, w którym wybuchła wojna?

Tak. Byłam wtedy u babci i zaczęło się dziać coś dziwnego. Między nami, a Ukraińcami pojawiło się nagle jakieś napięcie. Okazało się, że w głębi serca czuli urazę do „polskich panów”. Musieliśmy się szybko przenieść do Stryja. Potem dowiedzieliśmy się, że majątek po naszym wyjeździe został splądrowany.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyła pani bolszewików?

Z okien naszego domu widać było skrzyżowanie. Przejeżdżały przez nie długie kolumny sowieckich czołgów oblepionych sołdatami. Gąsienice strasznie huczały na bruku, aż szyby w mojej sypialni się trzęsły. Tak zaczęła się dla mnie bolszewicka okupacja. To była całkowita dzicz! Nędzne umundury, obszarpane płaszcze, toporne rysy twarzy. A ich kobiety! Wydłubały z szaf zarekwirowanych domów koszule nocne i paradowały w nich po ulicach. Myślały, że to eleganckie suknie.

Co tymczasem robił pani ojciec?

Wrócił z wojny. Podczas kampanii wrześniowej został bowiem zmobilizowany. Wraz z jednostką przebijał się do Rumunii, ale w ostatnim momencie zmienił zdanie. Wrócił bo zostawił dwie córki i matkę.

Czy bolszewicy się nim interesowali?

Oczywiście. Natychmiast dowiedzieli się, że wrócił i po jakiś dwóch dniach przyszli po niego. To była noc — 1 listopada 1939. Zaczęli łomotać w drzwi i krzyczeć. Do środka weszło kilku umundurowanych mężczyzn. Rozglądali się po naszym domu i rozdziawiali gęby.

Jak się zachowywali podczas rewizji?

Było to dosyć brutalne. Ściągnęli ze mnie kołdrę i kazali wychodzić z łóżka. Szarpali się z babcią. Wyzywali nas od „burżujów”. Przewracali wszystko do góry nogami i pruli ściany bagnetami. Czego tam szukali — nie wiem. Na koniec aresztowali tatę. Wychodząc, przytulił nas i powiedział, że byśmy się nie przejmowali, że to się na pewno wyjaśni. Kilka dni później do naszego domu wprowadził się politruk, który miał pilnować abyśmy z babcią nie przeprowadziły jakieś dywersji.

Poprzednia
1 2 3 4
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:

E-booki "Rzeczpospolitej"

Rozwody, separacje, alimenty

Rozwody, separacje, alimenty

Rozwód czy separacja to zawsze porażka, często finansowa. Z reguły jednak okazuje się mniejszym złem, niż formalne pozostawanie w związku, którego nie da się utrzymać
Testamenty, spadki, darowizny

Testamenty, spadki, darowizny

Poradnik o regułach dziedziczenia oraz praktyczne wskazówki dotyczące sporządzania testamentu
  • książki
  • muzyka
  • filmy
  • multimedia
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>