Ostoje polskości
Na skrzyżowaniu żelaznych dróg
Jak wspominał z nostalgią w „Karabeli z Meschedu" Ksawery Pruszyński, „mały zabiedzony Wołkowysk był sobie stacją przeprężną jakby na wielkim kolejowym szlaku Europy: Calais-Paris-Stołpce-Niegoriełoje.
Dwa razy dziennie tym traktem pędziły wielkie międzynarodowe pociągi, lśniące sleepingami, wagonami restauracyjnymi i nie wiedzieć jakim splendorem ku Moskwie, i tędy właśnie, tymi pociągami podróżowały różne Wellsy, Bernardy Shaw, Lady Atholl, Litwinowy i Bóg wie jakie wielkości (...), a krajobraz wołkowyski może to czuł nawet i stał jakby bardziej zażenowany, przygarbiony i onieśmielony własną małością wobec tego przyjezdnego wielkiego świata. Czasem latem do pociągu na Paryż ładowano prostokątne skrzynki, a w nich, obłożone mokrymi pokrzywami, niezgrabiły się czarne, olbrzymie raki, posyłane prosto z wód Zelwianki do największych restauracji paryskich. Wołkowysk pokazywał, że i on coś ma do dania temu wielkiemu, dalekiemu światu".
Owa „przeprężność" (zapomniane dziś słowo nie od prężenia, ale od przeprzęgania koni przyszło) wynikała też ze skrzyżowania w miasteczku dwóch linii kolejowych, które miejscowym nie kojarzyły się z wielkimi stolicami, a raczej z połączeniami: przez Białystok do Baranowicz i Mołodeczna oraz przez Siedlce, Czeremchę do Grodna i Wilna. Dzięki tej krzyżówce małe miasto miało dwie stacje kolejowe: Wołkowysk Centralny i Wołkowysk Miasto. Niedaleko tej drugiej stały kawaleryjskie koszary.
Miasteczko, które wedle spisu z 1921 roku miało 11 100 mieszkańców, a w 1937 – już 18 tysięcy, nie urzekało urodą. „Zesłany" 1931 roku do tamtejszego pułku strzelców konnych rotmistrz Franciszek Skibiński wspominał, że „pierwsze wrażenie po opuszczeniu wagonu i jazda dorożką przez Wołkowysk do koszar było wręcz ponure. Zimno, padał deszcz ze śniegiem – wiadomo, daleki północny wschód. Miasteczko drewniane, złożone właściwie z jednej długiej ulicy zabudowanej parterowymi, co najwyżej jednopiętrowymi domami. Napotkani ludzie to przeważnie obywatele w chałatach, pomiędzy którymi rzadko trafiał się białoruski chłop albo babina".
Przybity przydziałem Skibiński trochę przesadził. Nie tyle w opisie miasta, ile jego społecznej struktury. W 1921 roku religię mojżeszową deklarowało bowiem „tylko" 46,3 proc. mieszkańców Wołkowyska, śmiesznie mało w porównaniu np. z pobliską Świsłoczą (66,7 proc.). Katolików było 41,6 proc., prawosławnych zaś 11,5 proc. Wraz z następującą w dwudziestoleciu polonizacją miasta (urzędnicy i ich rodziny, kadra wojskowa z rodzinami itd.) możemy założyć, że przed wojną do polskości poczuwał się co drugi wołkowyszczanin.















