Turystyka sentymentalna
Jeszcze słychać trembit granie
Wiosną na połoninach Czarnohory falują jak na alpejskich łąkach łany górskich różaneczników, drobnych różowych kwiatów, nieznanych w Tatrach.
W zimie o wschodzie i zachodzie słońce rozpala wszystkimi odcieniami purpury śniegi na wierzchołkach Howerli i Popa Iwana. Widać z nich ciągnące się po horyzont, od Gorganów na północy po Karpaty Marmaroskie na południu, górskie grzbiety, szczyty i skaliste granie. Niżej, w zagłębieniach cyrków lodowcowych, których ściany przecinają żyły potoków, wznoszą się pionowe skalne filary, przypominające kulisy teatralne. Tak właśnie mieszkańcy tych okolic nazywają górskie kotły – „kaminnyje tyjatry”.
Czarnohora i sąsiadujące z nią pasma górskie – zdaniem autora przedwojennych przewodników Henryka Gąsiorowskiego – podobne są do „nieogarniętego oceanu skamieniałego w chwili wzburzenia”. Na jego dnie, daleko w dole, widać bukowe lasy i głębokie doliny Prutu i jego dopływów, Czarnego i Białego Czeremoszu. W pogodne dni przez dobrą lornetkę z Howerli dostrzec można na horyzoncie nawet wieże kościołów w Kołomyi i Stanisławowie.
Strony te – górskie stoki i rzeczne doliny najwyższego pasma dzisiejszych ukraińskich Karpat Wschodnich, na pograniczu z Rumunią – to mała ojczyzna Hucułów. Od XIV w., a także w latach międzywojennych, ziemie te należały do Rzeczypospolitej. Po rozbiorach przypadły Austrii, a po 1944 r. włączono je do ZSRR. Ale choć władze się zmieniały, Huculszczyzna, jeden z najdzikszych i najtrudniej dostępnych regionów Europy, zawsze żyła własnym tajemniczym życiem.
Huculi – rusińscy górale wołoskiego pochodzenia, drwale i pasterze – to lud hardy i przywiązany do swych wierzeń i zwyczajów. Nadal mieszka się tu w krytych gontem kolibach i grażdach – obronnych zagrodach, chroniących przed wiatrem, mrozem i opryszkami, czyli zbójnikami. Na połoninach i w dolinach wciąż jeszcze słychać granie trembit, pasterskich piszczałek 4-metrowej nieraz długości, którym głosu, jak utrzymują miejscowi, użyczył Bóg. Może ono oznajmiać nadejście nowego dnia, kres ziemskiej wędrówki któregoś z współziomków lub, coraz częściej, przyjazd turystów. Z myślą o przyjezdnych trudzą się też huculscy snycerze rzeźbiący w drewnie i „mosiężnicy” wytwarzający spinki, klamry i sprzączki z mosiężnej blachy. Wszystko to, a także słynne huculskie koce, lyżniki można kupić na jarmarku w Kosowie. W soboty ściągają tu z gór miejscowi ubrani w paradne stroje: kieptary, kożuszki bez rękawów ozdobione safianowymi naszywkami w kształcie raków lub stylizowanych liści i kwiatów, sukienne serdaki, spiczaste czapy obszyte barankiem – kłapanie, postoły, czyli kierpce.
W okresie międzywojennym Huculszczyzna przyciągała artystów, naukowców i kuracjuszy silniej nawet niż Podhale. Schronisko PTT na polanie Zaroślak u stóp Howerli oblegali narciarze i wędrowcy górscy. Dziś wznoszą się na Zaroślaku betonowe budynki bazy treningowej radzieckich olimpijczyków. Choć zaniedbane, zachowały swój dawny urok słynne niegdyś kurorty w dolinie Prutu, Jaremcze i Worochta. Ocalało w nich m.in. kilkanaście dawnych stylowych willi. W dobrym stanie przetrwały w Worochcie kryta gontem XVIII-wieczna cerkiewka i kapliczka wzniesiona w miejscu, gdzie „zostało zapoczątkowane chrześcijaństwo we wsi Worochta”. Stało się to dopiero w 1602 r...
Huculszczyzna to wciąż świat na poły pogańskich wierzeń, czarów i legend. Wiadomo np., że do Jeziorka Niesamowitego nie można wrzucić kamienia, bo spowoduje to straszną burzę. W 1939 r. Huculi twierdzili, że w nazywanym Białym Słoniem obserwatorium meteorologiczno-astronomicznym, którego ruina wznosi się dziś na szczycie Popa Iwana, zbudowanym w latach 1936 – 1938 przez LOPP, uczeni wynaleźli „promienie przeciwmotorowe”. Bardzo przydałyby się na niemieckie i sowieckie czołgi...
Jak wspominał kierownik obserwatorium Władysław Midowicz, 17 września 1939 r. zachód słońca był wyjątkowo piękny: „strzępki mgiełek drgały nad dolinami, a liliowa zorza długo paliła się na stokach”. Następnego dnia naukowcy z Białego Słonia zatrzymali się przed rumuńską granicą. „Uklęknąłem, całując mokrą ziemię. Wiatr zacinał przenikliwym deszczem i wielka kurtyna sinych chmur jakby opuszczała się za nami na granie Czarnohory”.















