Bezduszne sądy, utracone dzieci

aktualizacja: 16.12.2009, 03:40
Foto: Fotorzepa, Danuta Matloch

Annie nakazano zwrócić ojcu mieszkającemu w Holandii niemowlę karmione piersią. Kobieta się ukrywa

- Zostałam zdradzona przez własny kraj - mówi łamiącym się głosem Anna Ch. Po chwili zaczyna płakać. Tak jest do końca rozmowy, na którą umówiła się z nami w jednej z trójmiejskich galerii handlowych. Tylko na chwilę, bo jest śmiertelnie przerażona. Boi się rozpoznania. Od kilkunastu tygodni ukrywa się z kilkumiesięcznym synkiem.
Do niedawna kobieta mieszkała w Holandii z mężem i małym Euzebiuszem. Wiosną jej małżeństwo się rozpadło. Według jej relacji mąż sam poprosił, by wyniosła się z domu. Anna spakowała siebie, syna i wyjechała do Polski.
Trzy tygodnie później mąż oskarżył ją o uprowadzenie dziecka. Powołał się na konwencję haską, która ma chronić rodziców przed wywożeniem dzieci przez partnerów z innych krajów. Efekt? Za kobietą wydano europejski nakaz aresztowania. Policja zatrzymała ją w szkole pod Kościanem, gdzie pracowała. Sąd rozpatrujący kwestię ekstradycji stanął po stronie Anny. Uznał, że skoro ma prawa rodzicielskie, nie można jej oskarżyć o porwanie. Kobieta wyszła na wolność.
Ale latem Sąd Rejonowy w Śremie nakazał, by Euzebiusz wrócił do Holandii. Nakaz należało wykonać natychmiast, mimo że Anna karmiła dziecko piersią. Kobieta chłopca nie oddała, liczyła na poznański Sąd Okręgowy. Ten jednak stwierdził, że matka wyrwała chłopca z naturalnego środowiska, a rolą wymiaru sprawiedliwości jest to naprawić. – Faszyści odrywali dzieci od karmiących kobiet, a teraz to polskie sądy czynią podobnie. Nie zwracają uwagi na żadne więzi – rozpacza Anna.
Kobieta nie zamierza wracać do Holandii, bo tam najprawdopodobniej będzie odpowiadała za uprowadzenie dziecka. A o wydaniu chłopca słyszeć nie chce – boi się, że jeśli Euzebiusz wyjedzie, nigdy więcej go już nie zobaczy.
Inny pogląd na sprawę ma Michał Stryjski, adwokat męża Ch.: – Fakt, że doszło do uprowadzenia, jest oczywisty. Mimo to mój klient okazał bardzo dużo dobrej woli. Kilkakrotnie zapewniał, że nie zamierza pozbawiać żony kontaktu z dzieckiem. Ale naprawdę trudno mi ręczyć za to, jak się zachowa, jeśli ona nadal nie będzie respektowała orzeczeń sądu.
W środę w Holandii ma się rozpocząć proces, który będzie regulował prawo do opieki nad dzieckiem. Anna obawia się, że zostanie pozbawiona praw rodzicielskich. – Będę się ukrywać do momentu, aż obudzą się polskie władze albo zmądrzeje mój mąż – zapowiada.
[srodtytul] A dobro dziecka? [/srodtytul]
Przypadek Anny niepokoi prawników i posłów. Wskazują, że zapisy konwencji zakładają przede wszystkim dobro dziecka. Tymczasem w tej sprawie sąd nie przeprowadził żadnych diagnostycznych badań w Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno-Konsultacyjnym (np. testów psychologicznych). Anna dowodziła, że Holender nadużywa alkoholu. Miała na to dokumentację medyczną. Sąd nie zlecił żadnych badań. Holender żyje obecnie z inną kobietą, a to – zdaniem matki – mogłoby zaszkodzić jej dziecku.
- Sprawa jest skandaliczna – ocenia Jarosław Sellin, poseł Polski Plus, który zaangażował się w sprawę Anny. Wystąpił do ministra sprawiedliwości i rzecznika praw obywatelskich z prośbą o interwencję przed Sądem Najwyższym. Chce, by orzeczenie w sprawie Euzebiusza uznać za niezgodne z polskim prawem. To nowość, ponieważ sprawy w ramach konwencji rozstrzygane są tylko przez sądy w dwóch instancjach, co według prawników jest mankamentem. Mecenas Lech Toporek, który reprezentował przed sądem inną kobietę walczącą o dziecko: – Nie ma możliwości złożenia kasacji do Sądu Najwyższego. Tak być nie powinno.
- W Australii i wielu innych państwach podobne sprawy mogą być rozpatrywane w czterech instancjach – mówi "Rz" Waldemar Drexler, adwokat mieszkający na stałe w Australii. – Nikt nie odbiera też dzieci przed ostatecznym werdyktem. To niemożliwe.
Szybkiej reakcji RPO i resortu raczej jednak nie należy się spodziewać. – Rzecznik zwróci się do sądu w Śremie z prośbą o przesłanie do wglądu akt sprawy. Nie oznacza to jednak automatycznie zamiaru wniesienia skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem prawomocnego orzeczenia – tłumaczy Paweł Grabczak z biura RPO. Resort sprawiedliwości sprawę analizuje.
[srodtytul]75 dramatów [/srodtytul]
Dramat Anny nie jest jedyny. Niedawno w Kielcach kurator sądowy bez powiadomienia matki odebrał ze szkoły jej siedmioletnią córkę Martę i czteroletniego syna Federica. Dzieci pojechały do Włoch na cztery dni przed prawomocnym wyrokiem. Sąd nie zwracał uwagi na opinie biegłych, którzy orzekli, że oddzielenie dzieci od matki naraża je na poważne szkody fizyczne i psychiczne.
Małgorzacie Muchowskiej z Tczewa udało się zatrzymać trzyletniego syna, o którego walczył też jej mąż, Grek mieszkający w Australii. I w tym wypadku nie obyło się bez kontrowersji. Jak ujawniła "Rz", resort sprawiedliwości nie przekazał do sądu dokumentu, w którym władze Australii alarmowały, że w razie niekorzystnego wyroku mężczyzna jest gotów uprowadzić dziecko.
Problem dotyczy coraz większej liczby polskich rodziców. Z roku na rok rośnie liczba wniosków o wydanie dzieci partnerom z innych krajów. W 2009 r. rozpatrzono 11 z nich. W czterech przypadkach zapadły decyzje o przekazaniu maluchów za granicę, w siedmiu wnioski oddalono. Pozostałe sprawy nie mogą doczekać się rozstrzygnięcia. Tylko w tym roku do biura RPO wpłynęło kilkanaście skarg w sprawach dotyczących stosowania konwencji haskiej.
– Stany Zjednoczone, Kanada czy Niemcy walczą o swoich obywateli, nawet kosztem późniejszej walki przed trybunałami. U nas jest inaczej – komentuje Dorota Arciszewska-Mielewczyk, senator PiS.
– Kiedy strona żądająca wydania dziecka za granicę powołuje się na konwencję haską, polskie sądy zaczynają działać mechanicznie – dodaje Sellin. – Tymczasem powinny zostać zobowiązane chociażby do zasięgnięcia opinii biegłych z poradni konsultacyjnych – uważa. Według niego pomóc mogłaby nowa ustawa albo wprowadzenie instrukcji. – Nie chodzi o to, by wiązać sądy. Raczej o to, by je ośmielić – podkreśla. – W tej sprawie składałem już interpelację przed rokiem. Ministerstwo Sprawiedliwości odpowiedziało, że Polska ratyfikowała konwencję, więc wszelkie dodatkowe przepisy są zbędne.
Ministrem sprawiedliwości był wówczas Zbigniew Ćwiąkalski. Dziś podtrzymuje ówczesne stanowisko resortu. – Nie ma możliwości, by dawać sądom jakiekolwiek instrukcje. Być może w niektórych przypadkach sędziowie mają obawy przed interpretowaniem konwencji, czasem może po prostu brakuje im wiedzy. Ale ten problem mogłyby rozwiązać szkolenia, choćby w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury – twierdzi Ćwiąkalski.

POLECAMY

KOMENTARZE