Plus Minus
Polski bigos z wkładką
Nie ma drugiego takiego oryginała jak Tymon Tymański. To jazzman i rocker w jednej osobie. Autor „Polovirusa”, jednej z najlepszych płyt ostatniego dwudziestolecia. Zwolennik rozliczeń z PRL i buddysta. Nagrał nowy album „Bigos Heart”. O sobie, o Polsce
Spotkać się z Tymonem Tymańskim jest równie łatwo jak złapać w ręce elektron. Szybko żyje, szybko myśli, szybko zakłada i rozwiązuje zespoły. Jeszcze szybciej zmienia miejsce pobytu. Dziś koncert w Bolesławcu, jutro w Szczecinie. I tak bez końca.
– Będę w sobotę w warszawskim „Powiększeniu”, gram z Polish Brass Ensemble! – wystrzeliwuje słowa z szybkością karabinu maszynowego, kiedy wreszcie łapię go przez komórkę.
Co tam 300 tysięcy!
Warszawa, sobota wieczór. Klub Powiększenie, na tyłach Nowego Światu. Na parterze przy barze nasączają się już pierwsi klubowicze. Z piwnicy dobiega mocny rytm perkusji i kakofonia instrumentów dętych. Tymon ćwiczy pochylony nad czarnym pudłem elektrycznej gitary. Na przodzie sceny „dmie w rury”, buja się i kiwa, jazzrockowa ekstraklasa: puzonista Bronisław Duży, trębacz Ziut Gralak ze swoją minitrąbką, Aleksander Korecki z saksofonem.
– Zagrajmy to w formie A-B-A! – komenderuje Tymon. Grają. – A teraz wszystko przemieszajmy. Niech każdy zagra solo na innej części! – Gramy jak cholera, a cholera żniwo zbiera! – podsumowuje Gralak. Próba kończy się śmiechami. Muzycy umawiają się po kolacji na 21. – Sorry za obsuwę, ale później przyjechałem do Warszawy – mówi Tymon na powitanie. – W związku z przebudowami od paru lat jeździ się coraz dłużej. Nawet do pięciu godzin.
I przytacza żartobliwie powiedzenie z czasów PRL: „Żeby było lepiej, musi być gorzej!”.
– Temat drogi staje dla mnie kluczowy, niczym dla Jacka Kerouaca – kontynuuje. – Rozważam ją pod względem fizykalnym i metafizycznym. Droga jako codzienna udręka, jako praktyka cierpliwości i przeznaczenie. Z wyjazdami i powrotami do domu, w ciągu roku jestem w drodze około 150 dni. Moje życie staje się drogą!
Na gierkówce, na trasie Konin – Poznań, między Krakowem i Wrocławiem, da się wytrzymać. – Ale kiedy mam na azymucie Łódź i Warszawę, zaczyna się dramat. Całe godziny w korkach. W błocie, w śniegu, między tirowcami, słuchając ich gadek na CB-radio. „Szerokości”, i tak dalej. Trzeba jakoś zarobić na chleb i oliwki.
Z Tymonem, jak z żadnym innym muzykiem, zawsze szczerze rozmawiało się o kasie. Nigdy nie była dla niego fetyszem i pokusą.
Siedem lat temu, na początku „Idola”, opowiadał o Maćku Maleńczuku, który również ma undergroudowe korzenie, a jednak zdecydował się na medialną karierę. Historia brzmiała następująco: – Po koncercie w Tczewie polazłem na imprezę z Maćkiem, który chciał się pobratać. Powiedział mi prosto z mostu, że to bardzo źle, że sam dygam wzmacniacze i że wyglądam jak szmaciarz. A szmaciarzowi nikt nie da 10 tysięcy za koncert. Trzeba jakoś wyglądać. W ferworze pijatyki podarował mi kremowy garnitur za 3 tysiące złotych, sugerując, że warto by dokupić buty ze skóry węża. Ma chłopak gest, co by nie mówić. Garnitur do dzisiaj wisi w mojej szafie – czasem ubieram go do sesji zdjęciowych.
Ale butów za 2 tysiące nie dokupił.
A miał niejedną kuszącą propozycję. Wśród nich kontrakt na występy w kolejnej edycji „Idola” w 2002 r. Za mnóstwo kasy: 300 tysięcy! – Odmówiłem. Nie zależy mi na gnojeniu nieopierzonych biedaków z prowincji. Teraz to jest w mediach popularne – trzeba być wyrazistym, podkręcać, kreować lub niszczyć. Nazywa się to „podpierdolka”. A ja na mój wizerunek pracowałem 20 lat. Owszem, jest ostry, nieraz skandalizujący. Ale jeśli mówię coś dobitnego, robię to w konkretnym celu. Nie mówię „fuck you, teachers”, żeby zemścić się na jakiejś konkretnej grupie. To dziecinne. Mój tzw. niezależny image to po prostu kwestia twardego karku, nienawykłego do schylania się po cudzego loda. Nie sprzedam się za 300 tysięcy ani za 5 milionów dolarów. Nie jestem aniołem, robię niekiedy całkiem proste i głupie błędy. Ale bliżej mi duchowo do Joe Strummera z The Clash niż do Lady Gagi. Wolę kilka tysięcy złotych miesięcznie za moje klubowe koncerty.
Za sobotni występ w Powiększeniu Tymon wziął 600 zł. – Daję sobie radę, bo… jestem przystojniejszy od kolegów (śmiech). No cóż – mam sporo energii i woli walki, umiem pisać i grać na wielu fortepianach. Jeśli nie mam siły – idę na trening do mojego przyjaciela Józka Pachura, do mojej niedużej gdańskiej sekcji karate. Tyle jesteś naprawdę wart – ile jesteś w stanie wypocić, wygrywając ze swoją słabością i lenistwem. Ale młodsi ambitni muzycy klepią biedę. Nawet się nie pytam, ile zarabiają koledzy ze Ścianki czy Kobiet, z The Car Is On Fire czy Kawałka Kulki. Bycie „offowcem” to wybór życia a la Modigliani.













