Publicystyka
Rok sceptyka
W gruzach legła cała ideologia ekologiczna. Ideologia nienawiści i pogardy, jaką zdrowo jedząca, energooszczędna i sikająca pod prysznicem mniejszość darzy resztę ludzkości – pisze publicysta
Ekolodzy traktują daty jak drogowskazy. Szczyt Ziemi Rio'92, Kioto'97, Natura 2000, Cap-Trade 2005, konsensus klimatyczny 2007, Rospuda 2008... Niech zatem rok 2009 zamiast kopenklapą okrzyknięty będzie rokiem sceptyka. Uczonego, który miał odwagę zadawać pytania, podważyć sfałszowane badania naukowe. Uśmiercić ideologie ocieplenia. Nie naukę, nie starania o czystsze powietrze, ale terror ekomniejszości nad resztą świata. Tendencyjne prognozy pogody
Ekolodzy niezdarnie bronią się, tłumacząc, że e-mailowe manipulacje to tylko taka uczona retoryka. Że nie mieli na myśli kasowania e-maili, tylko błędne dane. Że ich sztuczki to tylko nowe metody pomiarów, a nie taki sposób gromadzenia danych, żeby ukryć brak dowodów na wzrost temperatur – co zresztą w innych e-mailach sami przyznawali.
Zaufania i, co ważniejsze, monopolu na naukową prawdę nie odzyskają. Dziś nawet lewicowy "New York Times" publikuje teksty sceptyków, jak Don Easterbrook czy Wallace Broecker, dowodzących, że temperatury na Ziemi ani drgnęły od 12 lat. Profesor Richard Lindzen jest najchętniej czytanym naukowcem "Wall Street Journal". Od lat powtarza, że emisja CO2 na Ziemi musiałaby się zwiększyć czterokrotnie, żebyśmy mogli dostrzec jej wpływ na klimat.
Profesor Patrick Michaels z promującego wolny rynek Cato Institute przyznaje, że znów otwierają się przed nim łamy naukowych czasopism do niedawna zarezerwowanych dla katastrofistów, takich jak "Climate Research" czy "Geophysical Research Letters". Michaels dowodzi, że niewielkie ocieplenie jest częścią stabilizacji temperatur po tzw. małej epoce lodowcowej XV – XIX w. Od czasów wiosny ludów (rok 1848) średnia temperatura wzrosła zaledwie o 1,5 stopnia Celsjusza.
Naprawdę dużo zmieniło się od ujawnienia e-mailowej ekokonspiracji. Paul Hudson, prezenter pogody w BBC, przyznaje dziś, że wiedział o felernych e-mailach, ale o nich nie powiedział. Jego zwierzchnicy obiecują śledztwo. Okazuje się, że nawet prognoza pogody w dzisiejszych czasach może być tendencyjna i politycznie drażliwa. Czy podobne dochodzenia będą prowadzone na amerykańskich i europejskich uczelniach? Co z redaktorami cenzorami pism naukowych, którzy dopuszczali jedynie słuszne publikacje?
Jednak to nie e-maile, ale brutalne prawa ekonomii pogrzebały szanse na porozumienie w Kopenhadze. Chiny i Indie odpowiedzialne za 26 proc. emisji CO2 nie widzą możliwości cięć wyższych niż tempo wzrostu ich PKB. Australia rezygnuje z limitu CO2, bo – jak twierdzi premier Kevin Rudd – powoduje on nieracjonalne koszty społeczne. Rada Europy rozmyła swoje wcześniejsze deklaracje, a Kongres Stanów Zjednoczonych mimo obietnicy prezydenta Obamy o 17-proc. redukcji CO2 raczej nie ratyfikuje traktatu. Co prawda Obama odgrażał się, że policzy się "z tymi, którzy podważają naukowe dane", ale to nie dane zostały podważone. W gruzach legła cała ideologia.
Miało być inaczej
Ideologia nienawiści i pogardy, jaką zdrowo jedząca, energooszczędna i sikająca pod prysznicem mniejszość darzy resztę ludzkości. Przekonani o swojej wyższości i nieomylności znaleźli wreszcie sposób na dyktowanie stylu życia: terror w imię ratowania Ziemi i rewolucja przemysłowa, która pod hasłami ochrony środowiska zamiast rozwoju miała nieść zastój.
Założono, że produkcja przemysłowa najwyżej rozwiniętych państw cofnie się do poziomu emisji CO2 z początku XX w. Kraje rozwijające się miały się zatrzymać w swojej pogoni za dobrobytem zachodnich cywilizacji. Wszystko miało być inaczej. Nasza dieta, nasza praca, nasze domy miały być ekologicznie uzdatnione.
Stracilibyśmy prawo do swoich rozpasanych terenówek, podgrzewanych basenów, cygar – wszystkiego, co napawa obrzydzeniem zieloną mniejszość.
Nie żeby to wszystko było konieczne do życia, ale to wszystko są nasze prawa, takie jak inne. Zanim zgodzimy się co do zasady, że możemy je ograniczać dla wyższych celów, musimy być pewni tych celów.













