Jak minister chce tropić magistrów

Marek Domagalski 01-02-2009, ostatnia aktualizacja 02-02-2009 07:14

Do licznych form kontroli naszych czynności: kamer w sklepach i na stacjach benzynowych, śladów wypłat bankomatowych, rozmów telefonicznych czy surfowania po Internecie, ma dojść kolejna – monitoring absolwentów uczelni.

autor: Bartosz Siedlik
źródło: Fotorzepa

Taki monitoring ma służyć lepszemu planowaniu polityki rynku pracy oraz trafniejszemu inwestowaniu w poszczególne uczelnie i kierunki studiów. Specjaliści od rynku pracy są zachwyceni, innym nowy pomysł kojarzy się z Orwellem.

Co wyrośnie z magistra

Pomysł minister Kudryckiej ma być elementem reformy szkolnictwa wyższego, unowocześnienia polskich uczelni. Rzecz w tym, by kształciły lepszych specjalistów i tych rzeczywiście poszukiwanych na rynku pracy. Filozofia pani minister jest taka: jeśli absolwent długo nie może znaleźć pracy albo pracuje poza wyuczonym zawodem, to sygnał dla uczelni, że kształci nie najlepiej. Bartosz Loba, rzecznik Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, wyjaśnia, że za kilka lat może np. zabraknąć na rynku ok. 70 tys. inżynierów, a dzięki monitoringowi będzie można ustalić kierunki, które powinny być traktowane priorytetowo, również w kwestii dofinansowania. Ministerstwo zamierza, prawdopodobnie od 2010 r., zobowiązać uczelnie do gromadzenia takich danych.

W jaki sposób to zrobią – zależy od ich inwencji, doświadczenia i środków – na szczegóły na razie za wcześnie. Rzecznik nie widzi nic złego w tym, że absolwent danej uczelni w interesie społecznym będzie musiał podać taką informację. – Obawiam się że uczelnie będą zmuszać swoich studentów (a potem absolwentów) do podpisywania zgody na zbieranie takich informacji i trudno im będzie odmówić – wskazuje z kolei Paweł Tomaszewski, student pedagogiki.

Między rynkiem i Orwellem

Niektóre uczelnie już teraz prowadzą pewne formy takiego monitoringu. Na Uniwersytecie Jagiellońskim od kilku lat działa specjalny zespół, który dociera do absolwentów po pięciu latach od uzyskania dyplomu i sprawdza, czy wiedza, którą nabyli, pozwoliła im znaleźć dobrą pracę.

– To jest jedyna metoda poprawy jakości studiów: absolwent jest już niezależny od uczeni i obiektywnie może wytknąć wady w jej kształceniu – powiedział „Rz” prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. – Prowadziliśmy takie badanie dla Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej, na ankiety odpowiedziało 1000 absolwentów (25 proc.), a ich odpowiedzi przyniosły sporo wiedzy o szkole. Pokazały na przykład, że lektoraty prowadzone były na niskim poziomie, co pozwoliło rektorowi szybko wymienić lektorów.

– Krytycznie oceniam tę propozycje. Oznacza ona bowiem, że nasz swobodny wybór co do kształcenia się, kierunku studiów, przestaje być naszą prywatną sprawą, a staje się przedmiotem swego rodzaju inżynierii społecznej - wskazuje mec. Jerzy Naumann, członek naczelnych władz Adwokatury. – Powinno być oczywiste, że jakiekolwiek formy przymusowego zbierania takich informacji byłyby ingerencją w naszą prywatność, z kolei dobrowolne, a więc też niepełne informacje mają niewielką wartość poznawczą. Mnie ten pomysł, niestety, kojarzy się z Orwellem.

"Rz" Online