Publicystyka
Czy Irlandia kupi Lizbonę
Jeżeli Irlandczycy powiedzą "tak", to ani oni, ani my nie będziemy już nigdy decydować sami o swojej konstytucji. Będzie ona już tylko przedmiotem targów i kompromisów polityków – pisze publicysta
Rewanże są ekscytujące, ale w polityce rzadko coś rozstrzygają. Zamiast kończyć, rozwlekają konflikt i uprzedzenia na kolejne generacje. Dzisiejszy irlandzki rewanż nie musi być tym, czym był traktat wersalski kończący jedną a poprzedzający drugą wojnę, ani Jałta, której ustalenia do dziś są kontestowane. Może jednak zburzyć wiele z tego, co udało się zbudować na gruzach muru berlińskiego.
Irlandczycy po raz drugi głosują w referendum w sprawie traktatu lizbońskiego. Z pierwszego głosowania Bruksela nie była zadowolona. Podobnie zresztą jak wcześniej z odrzucenia traktatu konstytucyjnego przez Francuzów i Holendrów. Im powtarzać nie kazano, bo politycy znaleźli wtedy sposób na obejście wyborców i przyjęcie tego samego dokumentu pod zmienioną nazwą.
Zmęczeni propagandą
Teraz los pierwszej europejskiej parakonstytucji zależy od Irlandczyków. Półtora miliona obywateli Irlandii zdecyduje, czy 500 milionów Europejczyków ma mieć jednego prezydenta i jednego ministra spraw zagranicznych. Czy wzmocnić i tak już potężną Komisję Europejską, Parlament Europejski i czy dać Europejskiemu Sądowi większą władzę nad sądami narodowymi.
To spora odpowiedzialność. Ale Irlandczykom nie prezentuje się tego w taki sposób. Argumenty za traktatem są znacznie bardziej pragmatyczne. Niemal wyłącznie skoncentrowane na korzyściach gospodarczych, a raczej na straszeniu Irlandczyków, że stracą te korzyści. Irlandzki minister finansów Brian Lenihan w zeszłym tygodniu powiedział, że głos na "nie" będzie sygnałem do ucieczki zagranicznego kapitału i powrotu Irlandii do mrocznych czasów gospodarczej nicości.
Strach to dziś potężna broń w Irlandii. Ten kraj dotknięty został wszystkim, co najgorsze w strefie euro: bezrobociem, spadkiem PKB, największą liczbą bankructw, najgorszym stanem finansów. Tutejsze banki przyjmują proporcjonalnie największą pomoc od Europejskiego Banku Centralnego i od niej zależą oszczędności kilkuset tysięcy ludzi. Wydawałoby się, że nic prostszego, tylko podsunąć Irlandczykom kartkę do głosowania i na pewno opowiedzą się za silniejszą, a przede wszystkim hojną Europą.
Eamonn Bates, jeden z najbardziej wpływowych brukselskich lobbystów, rozesłał w zeszłym tygodniu apel do pozostałych członków European Public Affairs Consultancy Association, związku firm lobbystycznych na co dzień naginających unijne rozporządzenia do potrzeb swoich klientów. "Ceną jest przyszłość Europy" – w ten sposób Bates przekonywał europejski koncerny do finansowania zwolenników traktatu. Według brytyjskiego dziennika "The Telegraph" pieniądze, choć nie zawsze całkiem legalnie, popłynęły z zagranicy szerokim strumieniem.
Sondaże do końca dawały zwolennikom nieco większe szanse. Wbrew powszechnemu mniemaniu wysoka frekwencja nie musi oznaczać zgody na traktat. W poprzednim głosowaniu też wielu wyborców poszło do urn i mimo optymistycznych prognoz wynik był negatywny. Teraz Irlandczycy dodatkowo są rozgoryczeni, że nie uznano ich poprzedniego głosu, ale też mocno zmęczeni coraz bardziej nachalną propagandą. Im bliżej referendum, tym częściej słyszeli, że bez unijnej pomocy zginą, że bez unijnych pieniędzy nie byłoby irlandzkiego cudu w latach 90.
W rzeczywistości Irlandii nie grozi dziś ani utrata wsparcia unijnego, ani miejsca w strefie euro. Odrzucenie traktatu pozostawiłoby wszystko tam, gdzie było, włącznie z zagranicznymi inwestorami. A co z wdzięcznością za dotychczasową pomoc?
Warto pamiętać, że Irlandia korzystała z unijnych dotacji przez dobre 25 lat, zanim jej gospodarka ruszyła z miejsca. Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy pompowali tu miliardy bez żadnego efektu. W połowie lat 80. Irlandia wciąż była biednym, zmarginalizowanym gospodarczo państwem uzależnionym od jałmużny europejskich sióstr i pieniędzy nadsyłanych przez rodziny w Ameryce. Dopiero lata 90. uwalniające gospodarkę od nadmiernych podatków, szalonych korporacyjnych opłat i regulacji zaczęły zmieniać "zieloną Irlandię" w "celtyckiego tygrysa". To nie z unijnych datków, ale z przedsiębiorczości wyrósł gigant.













