Kuchnia
Och, Karol!
Z Dżennetą Bogdanowicz, która w swojej Tatarskiej Jurcie w Kruszynianach nakarmiła księcia Walii - rozmowa o smakach
Rz: Jak czuje się kobieta, która przyjęła w swoim domu następcę tronu?
Dżenneta Bogdanowicz: Emocje opadły, radość trwa. Przyjeżdżają przyjaciele, siedzimy przy herbacie, pytają, jak było.
Jak do tej wizyty doszło?
To długa historia. W listopadzie ub.r. roku dowiedziałam się, że na Podlasie ma przyjechać ktoś wyjątkowy.
W styczniu dostałam telefon, że pojawi się u mnie grupa osób biorąca udział w przygotowaniach wizyty. Przyjechali. Kiedy zobaczyłam przedstawicieli ambasady brytyjskiej i reprezentanta królewskiego dworu, pomyślałam, że może zdarzyć się coś bardzo wyjątkowego.
Co robili goście?
Dokładnie obejrzeli mój dom, pytali o kuchnię, próbowali tatarskich potraw. Obejrzeli też okolicę i pojechali. Wtedy na 90 procent byłam już pewna, że w Kruszynianach pojawi się książę Karol. I tak się stało.
Wiedząc, że będę miała księcia Karola w swoim domu, zaczęłam przygotowania do poczęstunku dzień wcześniej. Następnego dnia rano dowiedziałam się, że mam zarezerwować 30 miejsc, bo tyle gości pojawi się u mnie.
Miała pani wcześniej jakieś sugestie co do menu?
Nie. Dostałam wolną rękę.
Z zastrzeżeniem, że poczęstunek ma być przygotowany na zasadzie bufetu. Trochę się denerwowałam, czułam ścisk w brzuchu. Książę Karol pojawił się w Kruszynianach po godzinie 14.00, chociaż mieszkańcy czekali na niego już w południe.
Byli ciekawi, jak będzie ubrany, czy posmakuje mu tatarskie jedzenie?
Jak najbardziej. Zgodnie z harmonogramem wizyty książę Karol najpierw odwiedził nasz meczet. To jedna z dwóch najstarszych w Polsce świątyń muzułmańskich (druga znajduje się w sąsiednich Bohonikach). Wizyta tam trwała kilkanaście minut. Na zewnątrz czekali mieszkańcy, którzy chcieli z bliska zobaczyć gościa, zrobić sobie zdjęcie, nawet porozmawiać.
A potem odprowadzili księcia pod pani dom?
Tak. Kiedy powitałam go w progu, uśmiechnął się bardzo serdecznie. Ubrany był z wrodzoną elegancją. Z ciekawością oglądał nasz dom. Najpierw obejrzał pokaz tatarskiego tańca w wykonaniu zespołu Buńczuk. Potem pokaz kaligrafii, który zaprezentował Stefan Mustafa Jasiński, nasz imam, razem z muftim Tomaszem Miśkiewiczem. Choć nasz imam ma już 99 lat, doskonale pamięta historię Tatarów.
Opowiedzieliśmy księciu o naszym domu. Rodzina mojego męża związana jest z Kruszynianami od początku. Dom stoi na działce, którą król Jan III Sobieski nadał Bogdanowiczom. Ja też pochodzę z rodziny tatarskiej – ojciec z Klecka na Nowogrodczyźnie, mama z Wołkowyska.
Czy ochrona bardzo pilnowała, co robi następca tronu?
Była bardzo dyskretna. Stało się coś takiego, że bardzo szybko pękły dyplomatyczne reguły. Książę zachowywał się jak normalny gość, żartował, rozmawiał, wypytywał o historię Tatarów. Był zaskoczony, że służyli w polskim wojsku.
A w powietrzu unosił się zapach pierekaczewnika?
Tak, bo pokazaliśmy, jak się go przygotowuje. Ponieważ ciasto na pierekaczewnik rozwałkowuje się na kilka warstw, każdą smaruje roztopionym masłem, nakłada farsz, zwija w kształt półksiężyca, jest to bardzo malownicze.
Najpierw pani narobiła smaku?
Potem ukroiłam kawałek i podałam.
Przecież książę Karol nie próbuje potraw, którymi jest częstowany?
Pewnie chodzi o bezpieczeństwo. U mnie było inaczej. Zjadł spory kawałek, uśmiechnął się i powiedział, że bardzo mu smakowało.
Potem podszedł do stołu, na którym były przygotowane przez panią potrawy. Co tam było?
Wśród wielu potraw poleciłam księciu najbardziej lubiane przez naszych gości tatarskie danie – pieremiacze (po tatarsku beremecz). To pierogi z mięsem wołowym zapiekane w głębokim tłuszczu.
Smakowało?
I to jak!
Co jeszcze było na stole?
Cebulniki, pierożki z mięsem wołowym, baranim lub gęsim z drobno posiekaną cebulką, pieczone w piekarniku. Kolejne pierogi: kibiny, jeczpomaki, samsa, której też książę spróbował.













