Indianie z białostockiej prerii

aktualizacja: 04.09.2009, 01:30
Foto: ROL

Cnoty czerwonoskórych, prawdomówność i szlachetność, tracą dziś na znaczeniu. Przybywa za to zakładanych przez Polaków komercyjnych indiańskich wiosek

Sławne plemiona Wron i Dakotów, czyli Siuksów żyjących na amerykańskich Wielkich Równinach, dzieliła odwieczna wrogość i nigdy nie porastające trawą wojenne ścieżki. Jeszcze dziś na zlotach Polskiego Ruchu Miłośników Indian dawne waśnie dają o sobie znać – wprawdzie już tylko w postaci złośliwych uwag, którymi wymieniają się zwolennicy obu plemion. W zlotowych tipi szepcze się, że Wrony dopuszczają do swych obozów jedynie swoich i ogólnie zadzierają nosa. Tak zresztą było i na preriach, gdzie – jako że udało im się zająć najlepsze ziemie w Montanie – otaczała ich niechęć i zawiść sąsiadów. Ale wieczorem, przy ognisku, gdy wydaje się, że nad obozowiskiem krąży nieśmiertelny duch Winnetou, poczucie wspólnoty bierze górę. Nie jest bowiem łatwo być w dzisiejszej Polsce Indianinem. A nawet tylko miłośnikiem indiańskiej kultury.
[srodtytul]Tipi nad Wisłą[/srodtytul]
Do ruchu przyjaciół Indian ciągnęły nas tradycyjne cnoty przypisywane czerwonoskórym: szlachetność, prawdomówność, odpowiedzialność za słowa i czyny. W obecnych czasach nie mają one wielkiego zastosowania – przyznaje Marek Maciołek, wydawca i redaktor naczelny poświęconego kulturze Indian kwartalnika „Tawacin”.
– Jeszcze moi dziadkowie mawiali czasem: ten człowiek łże jak pies. A dziś można skończyć nawet studia w tym kierunku, np. marketing – dodaje szef najstarszej w kraju „wioski indiańskiej” pod Białymstokiem Mirosław Bogusz.
Na tegoroczny zlot – obóz rozbito w Uniejowie nad Wartą – ściągnęły tłumy turystów i weekendowych Indian. Ale tipi było mniej niż się spodziewali organizatorzy – ok. 80. Nie tak dawno jeszcze bywało ich nawet ponad sto. Większość z nich należy do starszyzny, która przyłączyła się do ruchu kilkanaście, 20, a nawet 30 lat temu.
Pierwsze namioty Indian prerii i indiańskie ogniska pojawiły się na mazowieckich łąkach, beskidzkich halach i w mazurskich lasach – ku zdumieniu ludności i władz PRL – w połowie lat 70. ubiegłego wieku. Grunt pod nie przygotowały czytywane namiętnie przez pokolenia uczniów książki Karola Maya, Alfreda i Krystyny Szklarskich, Nory Szczepańskiej, a także westerny. Doniosłą rolę odegrała słynna „Indiańska Babcia”, Stanisława Antoniewicz, starsza pani z Warszawy, która pierwsza nawiązała korespondencję z północnoamerykańskimi Indianami. Odpisy ich listów krążyły wśród czytelników „Winnetou” z rąk do rąk, traktowane jak relikwie. Pierwszym, który odważył się nad Wisłą pokazać publicznie w indiańskim pióropuszu był Sat-Okh, Stanisław Supłatowicz– urodzony w Chicago syn Polki i Indianina, który do 16. roku życia wychowywał się wśród Indian Shawnee w Kanadzie. Po powrocie do Polski był żołnierzem AK, a w PRL zajął się pisaniem książek i popularyzowanim indiańskiej kultury. Dla porządku trzeba dodać, że niektórzy twierdzą, iż charyzmatyczny Sat-Okh – jakkolwiek nie podważa to jego zasług – urodził się w Radomiu.
– To było jedno z pierwszych niezależnych środowisk młodzieży. Wcześniej był tylko Związek Młodzieży Socjalistycznej – podkreśla Bogusz.
Przyjaciele Indian, choć byli jedną z nieprzewidzianych w socjalizmie kontrkultur, nie budzili takiego zaniepokojenia ideologów jak np. hippisi. Zwłaszcza że w przeciwieństwie do nich wywodzili się raczej z mniejszych miejscowości, głównymi ich ośrodkami były m. in. Chodzież, Sztum i Rzepin. I nie planowali wykopywać topora wojennego przeciw socjalizmowi.
– Nie byliśmy opozycją, lecz niewielkim, dość izolowanym środowiskiem, które chciało żyć w swojej niszy, poza systemem – wyjaśnia Maciołek.
[srodtytul]Wolność czy podziw [/srodtytul]
Ostatnia większa fala miłośników czerwonoskórych zasiliła ruch w pierwszej połowie lat 90. Był wśród nich właściciel wioski indiańskiej i muzeum kultury Indian pod Giżyckiem, Bogdan „Viktorio” Zdanowicz.
– Szukałem wolności i kolorów życia – wyjaśnia.
Tę wolność daje mu dziś wyszywanie indiańskich strojów igłami jeżowca. To cały rytuał: garbowanie skór na surowo, wyciąganie igieł ze skórki jeżowca, ich przycinanie i zwilżanie śliną, a na koniec dopiero wymagające wielkiej zręczności przyszywanie ich do ceremonialnego ubioru. W uszytych własnoręcznie strojach „Viktorio” występuje m. in. jako tancerz podczas indiańskich pow-wow, czyli uświęconych tradycją prerii festiwalów artystycznych.
Dla większości polskich „indianistów”, pierwsze szczeble wtajemniczenia w indiańskie sekrety to właśnie rękodzieło, taniec i gra na bębnach. Potem dopiero przychodzi pora na głębsze zainteresowania religią i życiem Indian.
Nawet w najlepszych okresach ruch nie liczył więcej niż tysiąc uczestników. Ale w tym niewielkim środowisku nie ustawał twórczy ferment. Niektórych pociągały przejawy indiańskiej duchowości, takie jak tańce ducha czy tańce słońca i magia – kręgi mocy, chodzenie po rozżarzonych węglach, poszukiwanie wizji, niekiedy wspomagane roślinami halucynogennymi, w tym pejotlem. Powszechnie przyjął się na zlotach, przejęty od odwiedzających Polskę Indian, obrzęd okadzania ludzi, przedmiotów i miejsc spotkań dymem z szałwii, słodkiej trawy lub tytoniu. Nie jest natomiast popierany, jako szkodliwy dla zdrowia, obrzęd palenia fajki, nawet gdy jest to fajka pokoju. Inni z uczestników ruchu, głównie młodzi antropolodzy, uczynili z kultury indiańskiej przedmiot coraz głębszych dociekań naukowych i seminariów popularnonaukowych. Jeszcze inni, widzący w Indianach przede wszystkim dzieci i opiekunów Matki Ziemi, zasilili szeregi organizacji ekologicznych, w tym Zielonych Brygad i ruchu Wolę Być.
Z czasem, gdy zaczął się w Polsce kapitalizm, górę wziął nurt realistyczny. Wielu spośród najwierniejszych przyjaciół Indian to twórcy i właściciele wiosek indiańskich, które popularyzują indiańską kulturę, przyjmując szkolne wycieczki i uczestników firmowych imprez integracyjnych. Oferują oprócz zwiedzania np. naukę tańców i strzelania z łuku.
– Doszedłem do przekonania, że nie uda mi się pogodzić swojej indiańskiej pasji z „normalnym” życiem. Postanowiłem utrzymywać z niej rodzinę. I to się udaje – wyjaśnia Mirosław Bogusz.
– Dla mnie to nie jest nawet pasja. To po prostu jedyny styl i sposób życia – twierdzi „Viktorio”.
Najdalej zaszedł na tej drodze Krzysztof Kolba „Żuczek”, właściciel firmy „Hau-Kol” w Limanowej, który porzucił pracę informatyka w jednej wyższych uczelni, by zająć się szyciem tipi. Pierwszy namiot dla siebie uszył jeszcze w czasie studiów, korzystając z amerykańskiego podręcznika i rad kolegów z akademika. Dziś jego firma sprzedaje swoje tipi z najlepszego francuskiego płótna w całej Europie. Ale tylko nieliczne z nich można zobaczyć na krajowych zlotach. Większość tipi, by wzbogacić ofertę dla swych gości, kupują hotele i „resorty” wypoczynkowe nad Morzem Śródziemnym oraz – jako altany ogrodowe – klienci skuszeni pytaniem „chcesz zdobyć prestiż w oczach sąsiadów i zadziwić znajomych?”.
[srodtytul]Indiańskie interesy[/srodtytul]
Dla Marka Maciołka – zarabiającego na życie w fabryce worków do odkurzaczy – te coraz bardziej ożywione „indiańskie interesy” i rozrastające się w letnich obozach kupieckie faktorie to szkodzące sprawie Indian handlowanie stereotypami. Co gorsza, zajmują się tym nie tylko wypróbowani przyjaciele i znawcy czerwonoskórych, ale i osoby, dla których indiańskie symbole to tylko pomysł na urządzenie pensjonatu czy restauracji.
– Tego nie da się zatrzymać, takie mamy czasy – stwierdza z „Viktorio”.
Dla młodzieży zwiedzającej indiańskie wioski Winnetou, z jego mentalnością i niewzruszonymi zasadami, to postać całkowicie już obca. Jednak polscy przyjaciele Indian na razie nie obawiają się losu ostatnich Mohikanów.
– Zawsze znajdą się ludzie o trochę innej wrażliwości, którzy nie mogą zrealizować się w zwykłym życiu – uważa Maciołek. – A Indianie zawsze będą pociągającym przykładem.
Inna rzecz, że na legendarne indiańskie cnoty doświadczeni indianiści – podejmujący nieraz w swych tipi autentycznych Indian zza Wielkiej Wody – patrzą dziś z o wiele większym dystansem jak dawniej.
– Oni przypominają mi moich sąsiadów spod Limanowej, beskidzkich górali. I jak oni bywają bardzo różni. Spotyka się wśród nich wielu szlachetnych ludzi. Ale trafiają się i straszne skurczysyny – przyznaje „Żuczek”.
[ramka][srodtytul]Ile kosztuje indianin[/srodtytul]
Tipi, czyli „miejsce gdzie się żyje” – namiot koczowniczych Indian z Wielkich Równin, trójnóg z drągów wsparty dodatkowo kilkunastoma lżejszymi żerdziami – ma wnętrze o średnicy ok. 5 m. W środku znajduje się miejsce na ognisko, a nad nim otwór „dymowy”. Niegdyś tipi pokrywano skórami bizonów, a później mocnym płótnem, zdobionym symbolicznymi wzorami, innymi dla każdego plemienia. Jego odporne na deszcz ściany, przesiąknięte dymem i żywicą, stwarzają szczególny mikroklimat chroniący mieszkańców m.in. przed komarami. Współcześnie wytwarzane tipi kosztuje w wersji standardowej, bez żerdzi, ok. 1500 zł. Luksusowe, znacznie większe wyposażone w indiańskie sprzęty – nawet ponad 5 tys.
Szanujący się „indianista”, zwłaszcza gdy występuje podczas festiwali pow-wow, musi mieć tradycyjny, uszyty ze skór – najlepiej zwierząt dziko żyjących, np. jelenia – strój ceremonialny wyszywany setkami szklanych paciorków lub igłami jeżowca. Nawet osobie mającej wprawę uszycie bluzy, nogawic, mokasynów, nakrycia głowy, fartucha ceremonialnego zajmuje co najmniej rok. Strój taki ważący ok. 20 kg można także zamówić u wyspecjalizowanego rzemieślnika – kosztuje ok. 50 tys. zł. Zebranie orlich piór na wojenny pióropusz – szuka się ich np. w ogrodach zoologicznych – może zająć nawet parę lat. Powinno ich być co najmniej 30, po ok. 50 zł każde. Gotowy pióropusz kosztuje 6 – 8 tys. zł. Na jesienne dni potrzebny jest płaszcz uszyty z koca, najlepiej z katalogu Hudson Bay Company – jednej z najstarszych firm świata, założonej w XVII w. dla handlu z Indianami w Kanadzie. Koc taki, wykonany przy użyciu tradycyjnych technologii i barwników, to wydatek 150 – 500 dolarów. Taniej wypada broń, dzięki kowalom wyspecjalizowanym w wytwarzaniu broni dla bractw rycerskich. Stylowy tomahawk (ostrze) to wydatek 500 – 1000 zł.
[i]—ges[/i][/ramka]
[ramka][srodtytul]Kto jest kim na prerii[/srodtytul]
Apacze, których wodzem miał być Winnetou, zamieszkujący Arizonę, Nowy Meksyk i Oklahomę, byli sławnymi z waleczności wojownikami. Opierali się skutecznie Hiszpanom, a w latach 1848 – 1886, pod wodzą Geronimo Amerykanom. Ich zawziętymi wrogami byli równie waleczni Komancze zajmujący tereny w Teksasie i Arkansas.
Polscy przyjaciele Indian najczęściej odwołują się do tradycji Dakotów (Lakota), czyli Siuksów, najliczniejszego ludu Wielkich Równin. To właśnie Siuksowie, którym przewodził Siedzący Byk, zadali w 1876 r. w słynnej bitwie pod Little
Bighorn klęskę kawalerzystom płk. Custera. A ich klęska w 1890 r. pod Wounded Knee, uważana jest za kres historii wolnych Indian. Inne znane plemiona z Wielkich Równin to m.in. Czejenowie, Czarne Stopy oraz Wrony.
Na zlotach spotyka się też zwolenników wysoko cywilizowanych, a zarazem bitnych Irokezów – plemienia „leśnego” mieszkającego na wschód od Wielkich Jezior, żyjącego z uprawy roli, a po przybyciu Europejczyków z polowania i handlu skórami, zwłaszcza bobrowymi.
[i]—ges[/i][/ramka]
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE