Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Ekonomia

Indianie z białostockiej prerii

ROL
Cnoty czerwonoskórych, prawdomównoœć i szlachetnoœć, tracš dziœ na znaczeniu. Przybywa za to zakładanych przez Polaków komercyjnych indiańskich wiosek
Sławne plemiona Wron i Dakotów, czyli Siuksów żyjšcych na amerykańskich Wielkich Równinach, dzieliła odwieczna wrogoœć i nigdy nie porastajšce trawš wojenne œcieżki. Jeszcze dziœ na zlotach Polskiego Ruchu Miłoœników Indian dawne waœnie dajš o sobie znać – wprawdzie już tylko w postaci złoœliwych uwag, którymi wymieniajš się zwolennicy obu plemion. W zlotowych tipi szepcze się, że Wrony dopuszczajš do swych obozów jedynie swoich i ogólnie zadzierajš nosa. Tak zresztš było i na preriach, gdzie – jako że udało im się zajšć najlepsze ziemie w Montanie – otaczała ich niechęć i zawiœć sšsiadów. Ale wieczorem, przy ognisku, gdy wydaje się, że nad obozowiskiem kršży nieœmiertelny duch Winnetou, poczucie wspólnoty bierze górę. Nie jest bowiem łatwo być w dzisiejszej Polsce Indianinem. A nawet tylko miłoœnikiem indiańskiej kultury. [srodtytul]Tipi nad Wisłš[/srodtytul] Do ruchu przyjaciół Indian cišgnęły nas tradycyjne cnoty przypisywane czerwonoskórym: szlachetnoœć, prawdomównoœć, odpowiedzialnoœć za słowa i czyny. W obecnych czasach nie majš one wielkiego zastosowania – przyznaje Marek Maciołek, wydawca i redaktor naczelny poœwięconego kulturze Indian kwartalnika „Tawacin”.
– Jeszcze moi dziadkowie mawiali czasem: ten człowiek łże jak pies. A dziœ można skończyć nawet studia w tym kierunku, np. marketing – dodaje szef najstarszej w kraju „wioski indiańskiej” pod Białymstokiem Mirosław Bogusz. Na tegoroczny zlot – obóz rozbito w Uniejowie nad Wartš – œcišgnęły tłumy turystów i weekendowych Indian. Ale tipi było mniej niż się spodziewali organizatorzy – ok. 80. Nie tak dawno jeszcze bywało ich nawet ponad sto. Większoœć z nich należy do starszyzny, która przyłšczyła się do ruchu kilkanaœcie, 20, a nawet 30 lat temu. Pierwsze namioty Indian prerii i indiańskie ogniska pojawiły się na mazowieckich łškach, beskidzkich halach i w mazurskich lasach – ku zdumieniu ludnoœci i władz PRL – w połowie lat 70. ubiegłego wieku. Grunt pod nie przygotowały czytywane namiętnie przez pokolenia uczniów ksišżki Karola Maya, Alfreda i Krystyny Szklarskich, Nory Szczepańskiej, a także westerny. Doniosłš rolę odegrała słynna „Indiańska Babcia”, Stanisława Antoniewicz, starsza pani z Warszawy, która pierwsza nawišzała korespondencję z północnoamerykańskimi Indianami. Odpisy ich listów kršżyły wœród czytelników „Winnetou” z ršk do ršk, traktowane jak relikwie. Pierwszym, który odważył się nad Wisłš pokazać publicznie w indiańskim pióropuszu był Sat-Okh, Stanisław Supłatowicz– urodzony w Chicago syn Polki i Indianina, który do 16. roku życia wychowywał się wœród Indian Shawnee w Kanadzie. Po powrocie do Polski był żołnierzem AK, a w PRL zajšł się pisaniem ksišżek i popularyzowanim indiańskiej kultury. Dla porzšdku trzeba dodać, że niektórzy twierdzš, iż charyzmatyczny Sat-Okh – jakkolwiek nie podważa to jego zasług – urodził się w Radomiu. – To było jedno z pierwszych niezależnych œrodowisk młodzieży. Wczeœniej był tylko Zwišzek Młodzieży Socjalistycznej – podkreœla Bogusz. Przyjaciele Indian, choć byli jednš z nieprzewidzianych w socjalizmie kontrkultur, nie budzili takiego zaniepokojenia ideologów jak np. hippisi. Zwłaszcza że w przeciwieństwie do nich wywodzili się raczej z mniejszych miejscowoœci, głównymi ich oœrodkami były m. in. Chodzież, Sztum i Rzepin. I nie planowali wykopywać topora wojennego przeciw socjalizmowi. – Nie byliœmy opozycjš, lecz niewielkim, doœć izolowanym œrodowiskiem, które chciało żyć w swojej niszy, poza systemem – wyjaœnia Maciołek. [srodtytul]Wolnoœć czy podziw [/srodtytul] Ostatnia większa fala miłoœników czerwonoskórych zasiliła ruch w pierwszej połowie lat 90. Był wœród nich właœciciel wioski indiańskiej i muzeum kultury Indian pod Giżyckiem, Bogdan „Viktorio” Zdanowicz. – Szukałem wolnoœci i kolorów życia – wyjaœnia. Tę wolnoœć daje mu dziœ wyszywanie indiańskich strojów igłami jeżowca. To cały rytuał: garbowanie skór na surowo, wycišganie igieł ze skórki jeżowca, ich przycinanie i zwilżanie œlinš, a na koniec dopiero wymagajšce wielkiej zręcznoœci przyszywanie ich do ceremonialnego ubioru. W uszytych własnoręcznie strojach „Viktorio” występuje m. in. jako tancerz podczas indiańskich pow-wow, czyli uœwięconych tradycjš prerii festiwalów artystycznych. Dla większoœci polskich „indianistów”, pierwsze szczeble wtajemniczenia w indiańskie sekrety to właœnie rękodzieło, taniec i gra na bębnach. Potem dopiero przychodzi pora na głębsze zainteresowania religiš i życiem Indian. Nawet w najlepszych okresach ruch nie liczył więcej niż tysišc uczestników. Ale w tym niewielkim œrodowisku nie ustawał twórczy ferment. Niektórych pocišgały przejawy indiańskiej duchowoœci, takie jak tańce ducha czy tańce słońca i magia – kręgi mocy, chodzenie po rozżarzonych węglach, poszukiwanie wizji, niekiedy wspomagane roœlinami halucynogennymi, w tym pejotlem. Powszechnie przyjšł się na zlotach, przejęty od odwiedzajšcych Polskę Indian, obrzęd okadzania ludzi, przedmiotów i miejsc spotkań dymem z szałwii, słodkiej trawy lub tytoniu. Nie jest natomiast popierany, jako szkodliwy dla zdrowia, obrzęd palenia fajki, nawet gdy jest to fajka pokoju. Inni z uczestników ruchu, głównie młodzi antropolodzy, uczynili z kultury indiańskiej przedmiot coraz głębszych dociekań naukowych i seminariów popularnonaukowych. Jeszcze inni, widzšcy w Indianach przede wszystkim dzieci i opiekunów Matki Ziemi, zasilili szeregi organizacji ekologicznych, w tym Zielonych Brygad i ruchu Wolę Być. Z czasem, gdy zaczšł się w Polsce kapitalizm, górę wzišł nurt realistyczny. Wielu spoœród najwierniejszych przyjaciół Indian to twórcy i właœciciele wiosek indiańskich, które popularyzujš indiańskš kulturę, przyjmujšc szkolne wycieczki i uczestników firmowych imprez integracyjnych. Oferujš oprócz zwiedzania np. naukę tańców i strzelania z łuku. – Doszedłem do przekonania, że nie uda mi się pogodzić swojej indiańskiej pasji z „normalnym” życiem. Postanowiłem utrzymywać z niej rodzinę. I to się udaje – wyjaœnia Mirosław Bogusz. – Dla mnie to nie jest nawet pasja. To po prostu jedyny styl i sposób życia – twierdzi „Viktorio”. Najdalej zaszedł na tej drodze Krzysztof Kolba „Żuczek”, właœciciel firmy „Hau-Kol” w Limanowej, który porzucił pracę informatyka w jednej wyższych uczelni, by zajšć się szyciem tipi. Pierwszy namiot dla siebie uszył jeszcze w czasie studiów, korzystajšc z amerykańskiego podręcznika i rad kolegów z akademika. Dziœ jego firma sprzedaje swoje tipi z najlepszego francuskiego płótna w całej Europie. Ale tylko nieliczne z nich można zobaczyć na krajowych zlotach. Większoœć tipi, by wzbogacić ofertę dla swych goœci, kupujš hotele i „resorty” wypoczynkowe nad Morzem Œródziemnym oraz – jako altany ogrodowe – klienci skuszeni pytaniem „chcesz zdobyć prestiż w oczach sšsiadów i zadziwić znajomych?”. [srodtytul]Indiańskie interesy[/srodtytul] Dla Marka Maciołka – zarabiajšcego na życie w fabryce worków do odkurzaczy – te coraz bardziej ożywione „indiańskie interesy” i rozrastajšce się w letnich obozach kupieckie faktorie to szkodzšce sprawie Indian handlowanie stereotypami. Co gorsza, zajmujš się tym nie tylko wypróbowani przyjaciele i znawcy czerwonoskórych, ale i osoby, dla których indiańskie symbole to tylko pomysł na urzšdzenie pensjonatu czy restauracji. – Tego nie da się zatrzymać, takie mamy czasy – stwierdza z „Viktorio”. Dla młodzieży zwiedzajšcej indiańskie wioski Winnetou, z jego mentalnoœciš i niewzruszonymi zasadami, to postać całkowicie już obca. Jednak polscy przyjaciele Indian na razie nie obawiajš się losu ostatnich Mohikanów. – Zawsze znajdš się ludzie o trochę innej wrażliwoœci, którzy nie mogš zrealizować się w zwykłym życiu – uważa Maciołek. – A Indianie zawsze będš pocišgajšcym przykładem. Inna rzecz, że na legendarne indiańskie cnoty doœwiadczeni indianiœci – podejmujšcy nieraz w swych tipi autentycznych Indian zza Wielkiej Wody – patrzš dziœ z o wiele większym dystansem jak dawniej. – Oni przypominajš mi moich sšsiadów spod Limanowej, beskidzkich górali. I jak oni bywajš bardzo różni. Spotyka się wœród nich wielu szlachetnych ludzi. Ale trafiajš się i straszne skurczysyny – przyznaje „Żuczek”. [ramka][srodtytul]Ile kosztuje indianin[/srodtytul] Tipi, czyli „miejsce gdzie się żyje” – namiot koczowniczych Indian z Wielkich Równin, trójnóg z dršgów wsparty dodatkowo kilkunastoma lżejszymi żerdziami – ma wnętrze o œrednicy ok. 5 m. W œrodku znajduje się miejsce na ognisko, a nad nim otwór „dymowy”. Niegdyœ tipi pokrywano skórami bizonów, a póŸniej mocnym płótnem, zdobionym symbolicznymi wzorami, innymi dla każdego plemienia. Jego odporne na deszcz œciany, przesišknięte dymem i żywicš, stwarzajš szczególny mikroklimat chronišcy mieszkańców m.in. przed komarami. Współczeœnie wytwarzane tipi kosztuje w wersji standardowej, bez żerdzi, ok. 1500 zł. Luksusowe, znacznie większe wyposażone w indiańskie sprzęty – nawet ponad 5 tys. Szanujšcy się „indianista”, zwłaszcza gdy występuje podczas festiwali pow-wow, musi mieć tradycyjny, uszyty ze skór – najlepiej zwierzšt dziko żyjšcych, np. jelenia – strój ceremonialny wyszywany setkami szklanych paciorków lub igłami jeżowca. Nawet osobie majšcej wprawę uszycie bluzy, nogawic, mokasynów, nakrycia głowy, fartucha ceremonialnego zajmuje co najmniej rok. Strój taki ważšcy ok. 20 kg można także zamówić u wyspecjalizowanego rzemieœlnika – kosztuje ok. 50 tys. zł. Zebranie orlich piór na wojenny pióropusz – szuka się ich np. w ogrodach zoologicznych – może zajšć nawet parę lat. Powinno ich być co najmniej 30, po ok. 50 zł każde. Gotowy pióropusz kosztuje 6 – 8 tys. zł. Na jesienne dni potrzebny jest płaszcz uszyty z koca, najlepiej z katalogu Hudson Bay Company – jednej z najstarszych firm œwiata, założonej w XVII w. dla handlu z Indianami w Kanadzie. Koc taki, wykonany przy użyciu tradycyjnych technologii i barwników, to wydatek 150 – 500 dolarów. Taniej wypada broń, dzięki kowalom wyspecjalizowanym w wytwarzaniu broni dla bractw rycerskich. Stylowy tomahawk (ostrze) to wydatek 500 – 1000 zł. [i]—ges[/i][/ramka] [ramka][srodtytul]Kto jest kim na prerii[/srodtytul] Apacze, których wodzem miał być Winnetou, zamieszkujšcy Arizonę, Nowy Meksyk i Oklahomę, byli sławnymi z walecznoœci wojownikami. Opierali się skutecznie Hiszpanom, a w latach 1848 – 1886, pod wodzš Geronimo Amerykanom. Ich zawziętymi wrogami byli równie waleczni Komancze zajmujšcy tereny w Teksasie i Arkansas. Polscy przyjaciele Indian najczęœciej odwołujš się do tradycji Dakotów (Lakota), czyli Siuksów, najliczniejszego ludu Wielkich Równin. To właœnie Siuksowie, którym przewodził Siedzšcy Byk, zadali w 1876 r. w słynnej bitwie pod Little Bighorn klęskę kawalerzystom płk. Custera. A ich klęska w 1890 r. pod Wounded Knee, uważana jest za kres historii wolnych Indian. Inne znane plemiona z Wielkich Równin to m.in. Czejenowie, Czarne Stopy oraz Wrony. Na zlotach spotyka się też zwolenników wysoko cywilizowanych, a zarazem bitnych Irokezów – plemienia „leœnego” mieszkajšcego na wschód od Wielkich Jezior, żyjšcego z uprawy roli, a po przybyciu Europejczyków z polowania i handlu skórami, zwłaszcza bobrowymi. [i]—ges[/i][/ramka]
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL