Zbliżenie
Święta sprzedają się jak seks
Z Maciejem Stuhrem rozmawia Jacek Cieślak
Rz: Jest staropolski zwyczaj stawiania na wigilijnym stole jednego wolnego talerza, by ugościć zbłąkanego wędrowca. Jednak pewnie wielu z nas się obawia, że rodzinne spotkanie zakłóci ktoś obcy. Kiedy rozmawialiśmy w dziale kultury „Rz" o tym, kto nie wywołałby negatywnych emocji – padło na pana. Ma pan świadomość, że może zapukać w Wigilię do prawie wszystkich drzwi w Polsce? Zbliżenie - czytaj więcej
Maciej Stuhr: To zabawna sprawa, bo pamiętam, że już od wczesnego dzieciństwa bardzo chciałem być lubiany. Nawet miałem na tym punkcie małego hopla, co ma swoje dobre, ale też złe strony. Dlatego, kiedy byłem już starszy, postanowiłem sobie odpuścić i nie przejmować się, co ten albo tamten o mnie myśli, bo nie da się zaskarbić sympatii całego świata. A i nie zawsze ma to sens. Oczywiście, jeśli nam się to bezboleśnie udaje, to z pewnością pomaga i prowadzi do fantastycznych spotkań. Energia dawana ludziom wraca wtedy i nas wzmacnia. Trzeba jednak uważać, by nie zatracić siebie. Warto być sobą.
Skąd się bierze chęć bycia lubianym?
Pewnie z potrzeby akceptacji. Jednak od czasu, kiedy studiowałem psychologię, wiem, że czasami nie warto dzielić włosa na czworo, dlatego tej swojej skłonności staram się nie pogłębiać. Mam wrażenie, że jestem w tym coraz bardziej skuteczny. Trzeba żyć intuicyjnie, pozwalać sobie na emocjonalne reakcje, bo zbyt drobiazgowe autoanalizy do niczego dobrego nie prowadzą.
Wyobraźmy sobie, że siedzi pan z rodziną przy wigilijnym stole i nagle puka ktoś do drzwi. Pewnie jakiś kloszard. Co by pan zrobił?
To trudne pytanie, ale mam ogromną ciekawość ludzi. Zdarzyła mi się zresztą podobna sytuacja tuż przed ubiegłoroczną Wigilią. Podszedł do mnie na stacji benzynowej, no, może nie kloszard, ale człowiek wyglądający na mocno pogruchotanego przez życie, o dość niemiłym zapachu, z prośbą o podwiezienie. Byłem sam, trzaskał mróz, w ułamku sekundy postanowiłem pomóc. Okazało się, że nie miał grosza przy duszy ani pracy i samotnie wychowywał trójkę dzieci, które się pochorowały, i zabrakło mu 68 zł na wykupienie lekarstw. Właśnie dlatego wybrał się stopem, przez pół Polski, do kolegi z wojska, żeby mu pożyczył pieniądze na święta. Ten odprawił go bez niczego, o świcie. Właśnie w tym trudnym momencie się spotkaliśmy. Oczywiście, oddałem wędrowcowi wszystko, co miałem w portfelu, ale pomińmy to, bo przytrafiła mi się niesamowita podróż i rozmowa. Mój pasażer posługiwał się innym językiem, ale znaleźliśmy wiele wspólnych tematów. Rozmawialiśmy o Radiu Maryja, Dodzie-Elektrodzie i braku Teatru Telewizji. „Panie, zabrali mi ten Teatr Telewizji! Gdzie ja do teatru pójdę?" – mówił. – „Ileż można tego Kevina oglądać?". Kiedy się rozstaliśmy, uroniłem łezkę, bo takie spotkania są jak katharsis.
Spełniły się marzenia pana rozmówcy. Pięknym prezentem musiał być dla niego mocny powrót Teatru Telewizji z pana udziałem w „Boskiej".
Jak obliczył „Teleexpress", musielibyśmy grać spektakl codziennie przez 40 lat, żeby mieć taką widownię, jaką uzyskaliśmy za pomocą telewizji.
„Boska" została zagrana zamiast „32 omdleń", przedstawienia, w którym główną rolę gra pana tata. Bronił pan niejako honoru domu. Jak się teraz czuje pan Jerzy?
Coraz lepiej. Nie są to sprawy łatwe, zwłaszcza w obliczu świąt; pewnie w tym roku będą inne, bo przyszedł czas prób – trzeba jednak walczyć z chorobą i wspierać się wzajemnie. Zdawać egzamin z poważnych spraw.
Czy pana tata przebierał się za Mikołaja?















