Zbliżenie
Nie wyglądam na swoje lata
Z Maciejem Stuhrem rozmawia Barbara Hollender
Rz Pana ostatni film „Mistyfikacja” Jacka Koprowicza podzielił krytyków. Obok dobrych, ukazało się sporo recenzji miażdżących ten obraz. Czytał je pan?
Zbliżenie - Czytaj więcej
Maciej Stuhr: Czytałem, choć nieraz obiecywałem sobie, że nie będę tego robił. Scenariusz „Mistyfikacji” zafascynował mnie, chybabym dopłacił, żeby w tym filmie zagrać. Dzisiaj czuję się jak ojciec trzyletniego dziecka, które jest sympatyczne, ładnie się uśmiecha i właśnie stara się dostać do przedszkola, a komisja wyrokuje, że się nie nadaje. Przykro.
Przyznaję, że mnie w tym filmie razi wszystko: postać zdziecinniałego Witkacego, pana bohater – esbek, który w bardzo krótkim czasie zrobił woltę od dysydenta do zaufanego funkcjonariusza, groteskowo pokazana sprawa Jerzego Zawieyskiego. Co pana tak w „Mistyfikacji” zachwyca?
Pocztówki od trupa, pusty grób, strzępy wspomnień o mężczyźnie, które roją się w mózgu chorej kobiety, wreszcie wizja wieszcza – skapcaniałego erotomana zamkniętego w murach PRL-u. To zabawa i tajemnica, która nas wszystkich wciągnęła. Myślę, że oczekiwania w stosunku do „Mistyfikacji” są zbyt wysokie. To nie jest nowa biografia Witkacego ani film rozliczający lata 60. To gra z widzem. Jeden bohater ucieka, drugi go goni. A jest tym ciekawiej, że ten pierwszy nazywa się Witkacy.
Czy twórca ma prawo tak manipulować przy biografii autentycznego człowieka?
W „Bękartach wojny” jedna z postaci nazywa się Hitler, a nie na przykład Hotlet, i jakoś nikt nie ma pretensji.
Ale Tarantino od razu wprowadza mnie w atmosferę zabawy. Tu reżyser stara się udowodnić, że opowiada o Witkacym i o latach 60.
Witkacolog wyjdzie z kina z przeświadczeniem, że to bzdura, ale może widz znajdzie w „Mistyfikacji” jakąś refleksję? I spędzi dwie ciekawe godziny. Za największy zarzut uznałbym stwierdzenie, że film jest nudny. Czytam dużo scenariuszy. Jedne są miałkie, inne bywają efektem lepienia reżyserów na modłę szkoły polskiej. Autorzy czują, że powinni poważnie wypowiadać się na temat rzeczywistości, jaka ich otacza: zajmować stanowisko, leczyć zło. A ja mam już czasem dość filmów „ważnych”. Czekam na inteligentne, dobrze opowiedziane historie. Takie jak „Mistyfikacja”.
Powiedział pan, że rzadko zdarza się panu dostać dobry scenariusz. Czy aktor w pana wieku, z ambicjami i talentem, ma dzisiaj w Polsce szansę rozwoju?
Jestem ze swojej drogi zadowolony i obserwuję kilku kolegów, którym też nieźle idzie. To, że kłócimy się dzisiaj o „Mistyfikację”, a nie o „Ciacho”, już napawa optymizmem.
Czym pan się kieruje przy wyborze roli?
Aktor zwykle zdany jest na intuicję. Oczywiście, mam kolegów, którzy uważają, że aktor jest od grania, i czasem nawet nie czytają scenariuszy. Dostają propozycję, więc mówią „Tak”. Ja wszystkiego nie przyjmuję.
Nie występuje pan w telenowelach.
Nie mam na to czasu i ochoty, ale też nie zmusza mnie do tego życie. Ostatnio udaje mi się robić to, na czym mi zależy.
Czasem dziennikarze piszą, że jako syn Jerzego Stuhra miał pan aktorską „skazę genetyczną”. Czy studiując psychologię, próbował pan uciec od zawodu ojca?
To byłoby za proste. Wiele się na Uniwersytecie Jagiellońskim nauczyłem, ale też podarowałem sobie beztroskie, cudowne krakowskie życie. W szkole teatralnej zajęcia trwają od rana do późnego wieczora, a potem jeszcze trzeba wkuwać role i próbować. Na psychologii człowiek pouczył się dwie godziny i do baru.
Jako student psychologii zagrał pan w kilku komediach.
Wtedy jeszcze nie wybierałem. Traf zdarzył, że dostałem takie propozycje. To był chyba najbardziej niebezpieczny moment w moim życiu zawodowym. Poważna pokusa, by pójść wyłącznie w komercję. Na szczęście rodzina wywierała na mnie taki nacisk, że nie miałem na to szansy.
W tamtym czasie spytałam pana ojca, czy jest dumny z tego, że gra pan w filmach. Odpowiedział: „Gra? On występuje. Grał Łomnicki”. Zdał pan do szkoły, żeby zacząć grać?















