Komentarz
Dokąd sięga władza sądu
Sąd zadecydował, aby odebrać nowo narodzone dziecko rodzicom i przekazać je rodzinie zastępczej. Uzasadnił to nieporządkiem panującym w domu rodzinnym dziecka, z czego wywiódł niezdolność gospodarzy do opieki nad kolejnym już, czwartym, potomkiem. Przytoczone przez sąd dowody to niesprzątane długo okruchy oraz naczynia, które po użyciu przez jakiś czas poniewierały się po domu. Sprawę pokazały "Fakty" TVN.
Mieszkanie wyglądało na zadbane, ale przyjmijmy, że opisując stan rzeczy, sąd miał rację. Czy nieporządek (pisze to obsesyjny pedant) jest wystarczającą przesłanką do uznania niezdolności rodziny do wychowania dzieci i czy sąd może arbitralnie decydować w takiej kwestii?
Można wnosić, że prawdziwy motyw sądu był inny. Matka jest upośledzona umysłowo i z pewnością nie nadaje się na okładkę kolorowego magazynu. Podobnie 60-letni ojciec, który jest zapracowanym rolnikiem i nie ma za dużo czasu, aby się zajmować rodziną. Ale rodzice niezwykle przeżywają odebranie im dziecka. Wszyscy, którzy ich znają, potwierdzają, że wraz z dziećmi tworzą kochającą się i opiekuńczą rodzinę. Mimo to ten sam sąd już wcześniej rozważał odebranie im praw rodzicielskich. Zastanawiał się, czy tacy rodzice poradzą sobie z obowiązkami.
Ten przypadek domagał się interwencji i chwała TVN, że problemem się zajął. Sprawa jednak wykracza poza tragedię jednej rodziny. Chodzi o postawę sądu, który uznaje, pewnie w najlepszych intencjach, że ma prawo dokonywać wyboru rodziny dla dzieci. Dokonuje tego wedle kryteriów oczywistych tylko dla siebie. Dlaczego dzieci mają wychowywać rodziny "gorsze", gdy mogą to zrobić "lepsze"? Kiedy natura człowieka, a więc prawo naturalne i wszystkie jego pochodne – w tym rodzina – jako nieracjonalne zostaną podważone, przestaną istnieć bariery dla inżynierów społecznych, aby ulepszać człowieka.
Inżynierowie w sędziowskich togach nie zdają sobie sprawy, jakim ograniczeniom podlegają oni sami. A wiara w boską moc sądu rośnie w nas proporcjonalnie do utraty wszelkich innych. W coś przecież wierzyć musimy.
Skomentuj na blog.rp.pl/wildstein













