Włochy
Kapitan zły, kapitan dobry
Włochów urzekła opowieść o dwóch kapitanach — pisze wieloletni korespondent Reutera w Rzymie, Philip Pullella
Jednym jest oficer Straży Przybrzeżnej, kapitan Gregorio De Falco, który rozkazał dowódcy wycieczkowca „Costa Concordia" wrócić na pokład i kierować operacją ratowania podróżnych.
Drugim jest kapitan Francesco Schettino, okrzyknięty już przez prasę tchórzem za to, że uciekł w trudnej sytuacji. Został oskarżony i znajduje się na razie w areszcie domowym.
- Słuchaj Schettino, może uratowałeś się na morzu, ale ja dam ci wycisk. Zrobię, że zapłacisz za to. Wracaj na pokład, ty ch...! — krzyczał De Falco na Schettino w 4-minutowej rozmowie radiowej, ujawnionej we wtorek.
Pracownik kapitanatu portu w Livorno powiedział dosłownie: "Vada a bordo, cazzo!" To ostatnie sowo we włoskim slangu oznacza męski organ płciowy, ale jest często używane dla podkreślenia poprzednich słów, coś w rodzaju: "do diabła", "do cholery".
Kapitan De Falco stał się natychmiast bohaterem narodowym. Jego ostatnie słowa nadrukowano na koszulki, podchwycili je również Hiszpanie i Portugalczycy.
Włoska prasa nie szczędzi mu pochwał. „Dziękujemy ci, kapitanie" wytłuścił w nagłówku największy dziennik „Corriere Della Sera", odzwierciedlając nastroje tych Włochów, którym drugi kapitan przysporzył narodowego wstydu.
„Dwaj mężczyźni, dwie historie, jedna nas upokarza, druga jest odkupieniem. Dzięki ci, kapitanie De Falco, nasz kraj bardzo potrzebuje takich ludzi" — dodaje dziennik.
Turyński „La Stampa" stwierdził w artykule redakcyjnym, że Schettino „wypełnił hańbą i kłamstwami próżnię po Berlusconim".
Tymczasem nowy włoski idol ma zupełnie niepozorny wygląd. To 48-letni łysiejący mężczyzna, a w mundurze przypomina bardziej maitre d'hotel luksusowej restauracji z wybrzeża Amalfi, a nie zawadiackiego pożeracza serc.
- Nie jestem żadnym bohaterem — powtarzał dziennikarzom wchodząc do budynku sądu w toskańskim Grosetto, aby złożyć wyjaśnienia w prowadzonym śledztwie.
Skutki dla sektora turystyki morskiej
W pierwszych dniach po katastrofie włoskiego wycieczkowca nie pojawiła się fala rezygnacji z podroży, operatorzy wyjaśniają, że za wcześnie jeszcze na prognozowanie sezonu.
- Nie mieliśmy jeszcze telefonów, ale w najbliższych tygodniach ludzie zaczną pytać — stwierdził prezes biura CIC, Remy Arca, reprezentujący we Francji Cunarda, Seaburn i Norwegian Cruise Line. — Pierwsze zdjęcia były okropne — przyznał.
TUI Cruises w Niemczech nie odnotowuje znaczącej reakcji klientów i też uważa, że trzeba poczekać 2-3 tygodnie z oceną skutków katastrofy we Włoszech. — Może rynek zmaleje trochę, ale za wcześnie, by o tym mówić — stwierdził Jan Josefsson, szef sprzedaży w Globetrotter, należącej do skandynawskiego tour-operatora Ving.
Podobne opinie przedstawiono w Hapag Lloyd i Aida w Niemczech, w biurze podróży ANVR w Holandii. Fachowiec od turystyki - anonimowo - nie wierzy w dużą liczbę anulowanych pakietów. — Bo nie chodzi tu o pływanie i bezpieczeństwo, ale o czynnik ludzki i zarządzanie w warunkach katastrofy.
- Gdy dochodzi do katastrofy lotniczej, ludzie nie przestają po niej latać — komentuje szef europejskiego lidera w branży turystycznej.
Cześć przedstawicieli tego sektora obawia się o długofalowe skutki. — Rosnące zainteresowanie pływaniem statkami wykazują nowi klienci, głównie rodziny, a dla rodzin najważniejsze jest bezpieczeństwo. Nie można też zapominać o seniorach, to podstawowi klienci wycieczkowców — stwierdza Didier Arino z grupy badawczej Protourisme.
Ekspert od takiej formy wypoczynku w Memorial University w St. John's (Kanada), prof. Ross Klein jest zdania, że incydent przy wyspie Gigliuo może bardzo utrudnić sytuację całego sektora, bo będzie on musiał teraz ponownie zapracować na zaufanie ludzi. Nie chodzi przy tym o samo zachowanie kapitana, ale całej załogi w warunkach ewakuacji.
Tragedia we Włoszech może zapoczątkować nową dyskusję o tym, jak zwiększyć bezpieczeństwo statków wycieczkowych. Niepokoi bowiem tendencja kupowania przez armatorów coraz większych jednostek, zabierających nawet 6 tys. pasażerów i 2 tys. członków załogi.















