Opinie

Parkomat prawdę ci powie (o ustroju)

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Postępująca parkomatyzacja polskich miast jest procesem niezwykle charakterystycznym. Rzecz jednak nie w samym wytyczaniu stref płatnego parkowania, a w sposobie, w jaki się zbiera opłaty.
[b][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/07/04/parkomat-prawde-ci-powie-o-ustroju/]skomentuj na blogu[/link][/b]
Obserwowałem przed laty zaczątki tego procesu jednocześnie w dwóch miastach ? w Warszawie i Łodzi. Każde z nich przyjęło odmienne założenia. Model łódzki ? od razu nazwę go liberalnym ? polegał, z grubsza, na podzieleniu stref, w których chciano ograniczyć ruch samochodów (bo przecież w oficjalnych deklaracjach zawsze wszyscy podkreślają, że nie chodzi o złupienie kierowców, tylko właśnie o ograniczenie liczby samochodów w śródmieściu) na małe dystrykty i zatrudnieniu do ich pilnowania ludzi. Na każdy taki dystrykt brało się facia, który odpowiadał za to, żeby każdy parkujący na jego terenie samochód miał za szybką aktualny bilet ? i tyle. Rozwiązanie takie ma same plusy. Koszty ze strony miasta są praktycznie zerowe ? rozdać kilkaset czapeczek albo kubraków w odblaskowym kolorze, bloczki biletowe, długopisy, i zorganizować patrol straży miejskiej, sprawdzający wyrywkowo, czy parkingowi wywiązują się ze swoich obowiązków. Zysk liczyć zaś należy nie tylko we wpływach do miejskiej kasy ? część opłat parkingowy oczywiście zatrzymać musi dla siebie ? ale też w stworzeniu kilkuset miejsc pracy, niskopłatnych, ale zawsze lepiej, żeby ludzie w trudnej sytuacji brali taką robotę (dzieląc ją, dajmy na to, z żoną czy szwagrem, to już sprawa samego parkingowego), niż zasiłki, które są kosztowne i zwyczajnie demoralizują, oduczając od pracy.
Rozwiązanie liberalne ma jednak także wadę, to znaczy, wadę z punktu widzenia miejskich władz i wszystkich obrastających je gron krewnych i druziej: nie ma tu czego przekręcić. Dlatego w takiej na przykład Warszawie od razu zdecydowano się na model, który nazwać należy neoliberalnym albo neosocjalistycznym (co na jedno wychodzi). Żadni tam parkingowi, nie będziemy przecież dziadować, trzeba pokazać, że jesteśmy prawdziwie europejskim miastem ? a więc trzeba rozpisać przetarg, wziąć inwestycyjnego doradcę, następnie stworzyć wedle opracowanej przez niego strategii ogólną koncepcję, w ramach której miasto przeznaczy odpowiednie środki, wybierze dostawcę wielkiej liczby parkomatów, a potem stworzy się konsorcjum do ich eksploatowania, a potem się zwróci do miasta o wyasygnowanie większych środków, bo oczywiście okaże się, że jedynie słuszne rozwiązanie okazało się jak zwykle znacząco droższe niż w przetargowej ofercie. Oznaczało to wydanie z punktu mnóstwa kasy, zatrudnienie licznych urzędników i stworzenie dla nich poważnej „pokusy korupcyjnej”. Potem latami nie można było w Warszawie rozplątać wszystkich patologii, w jakie obrosło parkometowe konsorcjum i umowy z nim, było to przedmiotem dochodzeń miejskich (po zmianie władzy) i bodaj prokuratorskich, które wszystkie skończyły się na niczym ? już nie pamiętam, czy się sprawy poprzedawniały, czy jak zwykle organa ścigania zgubiły papiery albo zaplątały umiejętnie zarzuty tak, żeby nic z nich nie wyszło, mniejsza zresztą o to. Może nie był to przekręt doskonały, ale w każdym razie na tyle udany, że warszawski przykład podchwycony został ochoczo w całym kraju i wciąż jest wykorzystywany, z rozmaitymi twórczymi modyfikacjami. W Łodzi bardzo dawno nie byłem i nie wiem, jak długo wytrwała ona w normalności – pewnie nie omylę się, że krótko. Zabawne jest, że wtedy, na początku, gdy przyjmowała ona rozwiązanie liberalne, rządzona była przez tak zwaną lewicę. Natomiast Warszawa rządzona była, jak i dziś, przez tak zwanych liberałów. Wymaga to podkreślenia, bo ten tak zwany liberalizm pozostaje w Polsce polityczną religią panującą ? religią, nakazującą w obrzędowych słowach zachwalać zalety wolnego rynku i niskich podatków, a cichcem w nieskończoność mnożyć urzędy, koncesje, kontrole, zakazy i coraz bardziej skomplikowane procedury udzielania zezwoleń oraz grabić społeczeństwo wciąż nowymi daninami publicznymi, we wszelkich możliwych formach. Myślę, że parkomat doskonale się na symbol tej religii nadaje. Albowiem, jak już napisałem, ale powtórzę, dla pointy tak dobitnej, aby zrozumieć ją zdołał nawet zagorzały czytelnik „Gazety Wyborczej”, gdyby się tu takowy trafił: liberalizm, tak głośno zachwalany przez władzę i związany z nią interesami materialnymi establishment, ma same zalety i jedną zasadniczą wadę ? nie ma czego kraść.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL