Podróże
Rewolucyjna zmiana Tunezji
Od zaprzysiężenia nowego rządu w Tunezji, a tym samym końca w tym kraju rewolucji jaśminowej, minęły już niemal dwa miesiące. Czy polscy turyści bez jakichkolwiek obaw mogą już jeździć do Sousse, Monastyru czy Tunisu? Jaki kraj zastaną po wylądowaniu?
Polacy upodobali sobie Tunezję już 15 lat temu. Gorące afrykańskie słońce, egzotyczna roślinność, niezwykła kultura i do tego bardzo atrakcyjne ceny pobytu. Zanim na początku tego roku w tym pięknym, północnoafrykańskim kraju wybuchła rewolucja, byliśmy piątym krajem, który wysyłał tam najwięcej turystów. Sytuacja się załamała, ale miejmy nadzieję, że nie na długo. Nowa Tunezja zaczyna mocno inwestować w branżę turystyczną i budowę nowych hoteli. Ma być bardziej interesująca i przyjazna obcokrajowcom.
– Polski rynek jest dla nas bardzo ważny. Każdego roku przyjmowaliśmy 150–200 tys. osób z Polski – podkreśla Lotfi Mani, dyrektor Tunezyjskiego Urzędu ds. Turystyki.
Zamieszki znacznie wpłynęły na te dane.
– W tym roku od stycznia do marca przyjechało do nas jedynie 3500 Polaków, o 34% mniej niż w tym samym okresie 2010 r. – dodaje Lotfi Mani.
W sumie Tunezję odwiedziło w pierwszym kwartale o 56% mniej turystów europejskich niż zazwyczaj. Choć nie wszystkie kraje wstrzymały czasowo – podobnie jak Polska – loty do Tunezji. Maszyny z Wielkiej Brytanii latały cały czas. To jednak nie pomogło. Swoje wizyty ograniczyły dwa najważniejsze dla Tunezji rynki europejskie – Francja i Niemcy. Co więcej, największym partnerem pod względem przyjazdów jest Libia. Rocznie wyruszały do Tunezji prawie dwa miliony Libijczyków. Niestety, w kraju rządzonym od lat przez Muammara Kadafiego, konfliktu nie udało się rozwiązać tak szybko jak u wschodnich i zachodnich sąsiadów, więc turystów z tego regionu na razie nie ma co wypatrywać.
Spadek zainteresowania podróżami do Tunezji wynikał ze strachu przed tym, co może się wydarzyć na miejscu. Jednak czy te obawy były uzasadnione?
– Zamieszki w Tunezji często miały charakter lokalny, jednak przekaz medialny był taki, jakby sytuacja konfliktowa obejmowała cały kraj – zwraca uwagę Jan Korsak, prezes Polskiej Izby Turystyki. – Uważam jednak, że rząd tunezyjski podjął słuszną decyzję, nie przyjmując w ogóle turystów przez miesiąc. To pomogło uspokoić sytuację wśród obcokrajowców.
Rewolucja – choć w efekcie miała ogromne pozytywne znaczenie polityczne i społeczne – na pewno niekorzystnie odbiła się nie tylko na sektorach turystycznych w krajach, w których miała miejsce, zwłaszcza w Tunezji i Egipcie, ale też w naszym kraju. Biura podróży miały w tym czasie z góry zakontraktowane wyjazdy. W sumie dotyczyło to około kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu tysięcy osób, choć nie był to sezon wysokiej aktywności turystów.
– Dla touroperatorów ta sytuacja wiązała się z ogromnymi kosztami – twierdzi Bartosz Nowik, szef biura podróży Traveligo. – Wyjazdy do Tunezji i Egiptu są najbardziej atrakcyjne cenowo, a polscy turyści są na ceny bardzo wrażliwi. Choć w tych krajach nie działo się aż tak źle, jak to przedstawiały media, wyjazdy nie odbyły się – dodaje Nowik.
Biura podróży nie miały jednolitych wskazówek, jak postępować w przypadku zamknięcia połączeń do krajów objętych zamieszkami.
– Część biur oddawała klientom 100% kwoty, część proponowała inne kierunki, a niektóre biura zwracały tylko jakiś procent wpłaconej za wyjazd kwoty – przyznaje Jacek Jędrzejczyk z biura podróży Travel Samarytanka.
– Najwięcej strat odnotowały te biura, które odwołały całkowicie wyjazdy do Afryki Północnej i zwracały 100% kosztów. W znacznie lepszej sytuacji finansowej znalazły się te, które przełożyły wyjazdy na późniejszy termin bądź zaproponowały klientom inne kierunki – dodaje Jan Korsak.
Jakkolwiek by na to patrzeć, branża turystyczna w Polsce rozpoczęła sezon od ogromnych kosztów. Znowu. Bo również ubiegły rok nie był dla touroperatorów łaskawy. Kryzys finansowy na świecie i wybuch islandzkiego wulkanu, który na długi czas sparaliżował ruch lotniczy, mocno uderzyły po kieszeniach biur podróży.
– Właśnie wiosną zeszłego roku touroperatorzy musieli wziąć na siebie utrzymanie łącznie kilkunastu tysięcy osób, które z powodu pyłu wulkanicznego utknęły w różnych częściach świata i nie mogły wrócić. Kilkanaście tysięcy osób – tyle liczy miasto powiatowe – zauważa Jan Korsak.















