Felietony
Lepsza komunikacja
Nie chcę wracać do wyborów, o których politycy zapomnieli w kilka minut, dziennikarze w kilka godzin, a których reszta, jak zwykle, będzie żałować przez kolejne lata, ale chcę zwrócić uwagę na zmiany w towarzyszącej im komunikacji.
Mniej więcej 20 lat temu pojawiła się w Polsce nowa klasa społeczna – politycy. Byli przybyszami z innego świata. Można ich było poznać po tym, że nie wiedzieli, jak się zachować, ale mieli politycznie poprawne pochodzenie. I mieli jeszcze jedną cechę – nie potrafili się komunikować. Między sobą zazwyczaj się kłócili, na zewnątrz byli aroganccy, jak to nowa arystokracja, której władza uderzyła do głowy. Mijały lata, politycy powoli uczyli się zachowania, ubierania, obiecywania, bezkarności i innych przydatnych w tej branży cech. Odkryli uzależniającą obecność w mediach, ale nadal nie potrafili się komunikować i ta przypadłość jest bardzo ciekawa, ponieważ w Polsce, jak nigdzie indziej, stworzono im wspaniałe do tego możliwości. Odwrotnie niż w cywilizowanych krajach zwykły obywatel nie ma u nas ani prawa głosu, ani prawa dostępu do informacji, a polityk ma to wszystko z definicji.
Z czasem wokół polityków pojawiła się błyszcząca aureola mediów i dziennikarzy. Wokół nich z kolei wyrosła kolejna grupa tzw. komentatorów politycznych: politologów, marketingowców i PR-owców politycznych. Współdziałanie tych grup wynika z tego, że im głupiej odezwie się polityk, tym bardziej ochoczo omawiają to media. A marketingowiec polityczny z każdej głupiej wypowiedzi polityka potrafi zrobić arcydzieło idiotyzmu, co jeszcze bardziej wabi media. Jeśli zaś dziennikarz nie trafi na żadną głupotę, to zaprasza do studia innych dziennikarzy i marketingowców i razem rozprawiają o tym, na czym się zupełnie nie znają. Przykład: polityk w rozmowie, która nie wnosi absolutnie nic nowego i jest tak płaska i bezwartościowa jak kampania wyborcza, używa słowa „audyt". Komentarz politologa: „Użycie tego słowa jest znamienne i przełomowe, bo oznacza wprowadzenie biznesu do polityki i zasadniczo zmienia przyszłość Polski. Wróży ogromne przemiany i świadczy o totalnej zmianie ideologii..." itd. Dziennikarz niezwłocznie podchwytuje myśl i dopytuje, jak tak istotna zmiana wpłynie na kraj, a może Europę i świat. A polityk użył słowa „audyt", ponieważ przypadkiem usłyszał je na korytarzu i spodobało mu się, choć nie całkiem rozumie, co oznacza. Wszystko to powoduje, że bezwartościowa namiastka polityki zajmuje już niemal całość tzw. mediów newsowych.
Zauważcie, że te trzy grupy żyją jakby dla siebie, w ścisłej symbiozie. Gdyby pewnego dnia wszystkie zniknęły, zapewne nie odczulibyśmy tego zupełnie, poza tym, że media być może stałyby się praktyczniejsze i dla ludzi.
Ale wróćmy do komunikacji – to, co się w niej nie zmieniło u polityków, to jednokierunkowość, arogancja i agresja. Te cechy są ponadpartyjne i ponadsystemowe. Politycy nie słuchają ludzi, oni po prostu wiedzą lepiej. A jeśli fakty nie zgadzają się z propagandą, to choćby każdy to jasno widział, tym gorzej dla faktów. Za to sporo zmieniło się w mediach. Dawniej dziennikarze z pasją komentowali dobór krawata do koszuli, co miało przesądzać o wynikach wyborów. Ostatnio z równą pasją omawiali dobór piosenki wyborczej czy kolorystykę plakatów, co niewątpliwie decydowało o przyszłym rządzie. Z niezwykłą wprost bystrością zauważali, że polityk rozdaje jabłka albo płyn do naczyń, zabija muchę, wyprowadza konia, mówi o słoniu i wielorybie. Był tylko jeden temat skrupulatnie omijany przez wszystkich: co w rzeczywistości polityk zrobi dla wyborców. Ta przemiana jakościowa trwała 20 lat i jeśli zachowamy dotychczasową nadzwyczajną szybkość dojrzewania do komunikacji, to już pod koniec tego stulecia media zajmą się tym, co naprawdę powinny przekazywać obywatelowi.
Są już pewne symptomy zmian. Na przykład dziennikarze od czasu do czasu starają się porównać rzeczywistość z obietnicami i deklaracjami polityków. Ta metoda ma ogromną przyszłość, zważywszy na zasadniczą cechę polityków – oni mają tylko pamięć krótkotrwałą i metodą doboru naturalnego wykształconą cechę kasowania z niej wszystkiego natychmiast po zejściu z wizji. I może któregoś dnia doczekamy się, że na głupoty polityków media zareagują poprawnie i powiedzą: „to głupoty", albo nie powiedzą nic w ogóle, bo nie warto. I wtedy polityk zniknie z wizji, a w konsekwencji może nawet przestaniemy utrzymywać go z naszych podatków, natomiast dziennikarz stanie się pożyteczny.















