Felietony
Szybkość nie zabija
W dawnych czasach milicja bardzo przyczyniała się do bezpieczeństwa na drodze. Starzy kierowcy pamiętają, że można było zapłacić mandat za trzecie światło stop (bo jeśli kodeks nie mówił, że można, to znaczyło, że nie wolno), a jeszcze wcześniej za zewnętrzne prawe lusterko, bo może zabić pieszego.
Ale później przyszedł przewrót i w milicji zmieniło się wszystko. A konkretnie nazwa. Wprawdzie policja okresowo interesowała się egzekwowaniem tak ważnego elementu bezpieczeństwa jak kratki w samochodach, ale generalnie koncentrowała się na karaniu za przekraczanie. Kilkanaście lat tej szkodliwej, bezsensownej, ale konsekwentnej działalności doprowadziło do tego, że wszyscy już wiemy, że jedyną przyczyną wypadków jest nadmierna prędkość. Do tej bzdury dorabia się pseudonaukowe teorie, z których najbardziej podoba mi się ta, że winni są pasażerowie, którzy nie pilnują kierowców, aby jeździli wolno.
Łapanie i karanie wszystkich, którzy przekraczają, z czasem stało się biznesem, w którym wprawdzie giną ludzie, ale na którym policja i państwo wspaniale zarabiają, i to tym lepiej, im bardziej utrwala się przekonanie o praprzyczynie wszystkiego. Tymczasem w Wielkiej Brytanii, w której mają więcej samochodów, zwykłych dróg i autostrad i w której bezpieczeństwo traktuje się serio, wykazano, że nadmierna prędkość powoduje tylko 6% wypadków. Co więcej, stwierdzono również, że w ciągu 10 ostatnich lat policyjne kamery i radary spowodowały 28 tys. wypadków, a policyjne pułapki odwracają uwagę od bezpiecznej jazdy 80% kierowców.
Wracając do polskich realiów: co najmniej dwóch szefów policji próbowało wygnać policjantów z krzaków i zapędzić ich do zajęć innych niż suszenie i fotografowanie. Opór materii był jednak zawsze zadziwiająco duży. Wymyślono kiedyś czarne punkty i minęło aż 10 lat, zanim przypadkowe chyba spięcie neuronów mózgu odpowiedzialnego za to urzędnika wygenerowało to, co wiadomo było od początku: w miejscu, gdzie jest więcej wypadków, nie ma co łapać i karać, tylko trzeba przerobić drogę. Ale przez dekadę chlubiliśmy się czarnymi punktami, zamiast zamknąć za umyślne sprowadzenie zagrożenia ludzi, którzy je wymyślili.
Czy widzieliście kiedyś policjanta, który ukarał zarządcę drogi za to, że wykopał dziurę i jej nie zabezpieczył? Albo zwęził drogę betonowymi blokami w kolorze jezdni? Czy widzieliście inspektora drogowego, który wycofał z ruchu autobus sprowadzony ze złomu z Niemiec lub Skandynawii, bo tam już nie był bezpieczny? Czy widzieliście zarząd dróg, który bierze pod uwagę wygodę i bezpieczeństwo kierowców, a nie własne interesy? Nie, chyba że akurat traficie na specjalną akcję organizowaną dla promocji. Tak było np. z „bezpiecznym weekendem", kiedy rzeczywistość w żaden sposób nie chciała zgodzić się z policyjną propagandą. Mamy za dużo instytucji od karania, a za mało od myślenia: wszyscy organizują akcje „prędkość zabija", jedna miała nawet podtytuł „włącz myślenie", tylko, że nikt tego myślenia nie włączył. Szczególnie wredne są takie akcje organizowane za pieniądze podatników przez firmy drogowe, które najpierw powodują zagrożenia, a później udają „społeczną odpowiedzialność".
Za to każdy przeszedł kurs na prawo jazdy. Dowiedział się, że w lewym lusterku musi widzieć tył swojego samochodu, a nie drogę za nim. Że lewe koła muszą być przy środku drogi. Że przed skrętem w prawo trzeba najpierw odbić w lewo, a zakręty najlepiej pokonywać „na luzie", kierunkowskaz włączać, obracając kierownicą, a nie wcześniej, i oczywiście – że trzeba jeździć wolno, np. 40 km/h lewym pasem.
Z ucznia takiego kursu wyrasta kierowca, który skręca w dowolnym kierunku z dowolnego pasa, nie sygnalizuje, co zrobi, hamuje na lewym pasie, bo wypatruje parkingu po prawej, nie widzi innych i za to wszystko, o ile jeździ wolno, nigdy nie jest zatrzymywany przez policję. A kierowcy, którzy lekceważą jeden podstawowy przepis, lekceważą też pozostałe. W Warszawie są liczne skrzyżowania, na których więcej samochodów skręca nielegalnie niż zgodnie z przepisami. Ale z drugiej strony, jeśli jedziesz spokojnie swoim pasem i nagle musisz gwałtownie hamować, bo jakiś idiota zajedzie ci drogę, to kogo zatrzyma policja? Oczywiście ciebie, bo jechałeś za szybko. Znam niedawny przypadek kierowcy, któremu z bocznej drogi wyjechał nagle drań z trudem trzymający się kierownicy: sprawca w stanie wskazującym został natychmiast puszczony, poszkodowany musiał przez wiele godzin tłumaczyć się policji z zarzutu, że za szybko jechał główną drogą.















