Felietony
Oryginalne podróbki
Niedawno Czesi zbadali żywność sprowadzaną do Europy Centralnej i ogłosili, że trafiające do nas wyroby znanych marek są dużo gorsze od sprzedawanych na innych rynkach UE. Spostrzeżenie nie jest nowe dla tych, którzy podróżują i wiedzą, że pozornie ta sama kawa kupiona w Polsce smakuje jak ścieki, a kupiona od Austrii po Portugalię jest prawdziwą kawą. To spostrzeżenie jest o tyle ciekawe, że mimo niezliczonych polskich publicznych instytucji podobno dbających o obywatela to nie one, ale czeskie ujęły się za naszymi konsumentami.
Może nie powinno to dziwić, bo na przykład o tym, że Johnson & Johnson dawał w Polsce łapówki, można się było dowiedzieć nie od żadnej z dziesiątek potężnych polskich instytucji śledczych, ale z amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości. Nasze instytucje zajęte były zapewne wówczas naprawdę ważnymi sprawami, na przykład śledzeniem nieprawomyślnych stron internetowych godzących w cześć władców albo widowiskowo bezskuteczną identyfikacją kiboli.
Dwadzieścia lat temu, kiedy polski rynek otworzył się dla Europy, pojawiły się na rynku rajstopy z tworzywem Lycra. Jak oryginalne, z logo, tylko że błyskawicznie rozlatujące się podróbki. Sprowadzane w potężnych transportach ochranianych przez skorumpowanych urzędników błyskawicznie opanowały rynek, wypierając nieliczne wówczas i dużo droższe oryginały. Chyba czas niewiele zmienił, bo na przykład nożyki Gillette kupowane dziś w sieciowym sklepie w Polsce są tępe po drugim użyciu, a pozornie takie same kupione w Londynie wystarczają na dwa tygodnie. Markowa woda Obsession kupiona w Warszawie traci zapach po kilku minutach, kupiona w USA zachowuje go cały dzień. Czekolada „z tamtej strony" rozpływa się na języku, kupiona tu w takim samym opakowaniu zostawia mączny osad. Wiem, importerzy i producenci mają wiele wytłumaczeń: nasza woda jest taka, że proszek do prania musi składać się ze zmielonej kredy, a nie składników piorących. Klimat mamy taki, że żywność musi mieć więcej konserwantów niż jedzenia i bardzo podoba mi się określenie „składniki identyczne z naturalnymi". Konsumentów mamy takich, że wręcz przepadają za kwaśną kawą i czekoladą bez kakao. A my w to wierzymy.
W ogóle wydaje mi się, że stajemy się krajem podróbek. Podróbki autostrad, które są do remontu i nieprzejezdne zaraz po otwarciu. Podróbki banków, których jedyna usługa bankowa polega na łupieniu klienta. Najdroższe w Europie karty kredytowe z podwójnym haraczem ściąganym od sprzedawcy i kupującego. Podróbki różnych inwestycji na Euro 2012, które pozostają tylko w sferze fantazji, choć mówi się o nich jak o materialnych. Podróbki przepisów prawnych, które po modyfikacjach czynią system jeszcze bardziej represyjny i utrudniający życie. Nawet „zielona wyspa" okazała się zwykłą podróbką i mimo intensywnej kampanii propagandowej nie daje się już dalej sprzedawać.
Jeśli jesteśmy krajem, w którym tak łatwo akceptuje się i sprzedaje podróbki, to – i tu dochodzę do przerażającego wniosku – może cały kraj jest podróbką? W najnowszym indeksie wolności gospodarczej jesteśmy na 68 miejscu, daleko za Europą. Pod względem przyjaznej polityki i regulacji prawnych aż na 81. W tzw. Indeksie Demokracji jesteśmy na 48 miejscu, czyli choć wyprzedzamy Rumunię i Bułgarię, nadal mamy tylko podróbkę demokracji. Nawet służby specjalne, z których jesteśmy tak szalenie dumni, też okazały się prymitywną podróbką. Jaka jest różnica między amerykańskim i polskim agentem? Polski nie odrywa wzroku od chronionego obiektu, zapewne żeby nie przespać momentu trafienia, amerykański obserwuje otoczenie, żeby zapobiec trafieniu.
Żeby nie było, że znowu tylko marudzę – oprócz podróbek mamy także oryginalne osiągnięcia. Mamy najwięcej instytucji śledzących obywatela i najwięcej podsłuchów. Polska wydaje dwa razy więcej europejskich nakazów aresztowania niż jakikolwiek inny kraj Unii. Nikt tak doskonale jak nasze służby nie paraliżuje miast. I mamy pierwsze miejsce w globalnym rankingu Competiveness w zwalczaniu malarii i jej wpływu na naszą gospodarkę, co wobec powszechności tej choroby w Polsce trzeba uznać za epokowy sukces Ministerstwa Zdrowia. A zamiast sensownego programu polskiej prezydencji mamy logo i bączka, jakże oryginalnie polskiego, bo bez sensu kręci się i buczy, ale za to jest kolorowy.
Jeśli z braku informacji lub braku wyboru musisz akceptować podróbki i płacić za nie, na koniec mam pocieszenie: nie jesteś sam. Cały naród wspiera podróbki! Władza też. Żeby lepiej komunikować podróbki PO sprowadziła na pomoc ekspertów, którzy doradzali Obamie w kampanii wyborczej. Może i słuszne, ale tylko przy założeniu, że Tusk to Obama, że system w Polsce jest identyczny z amerykańskim, że wyborcy mają tu taką samą świadomość i możliwości wyboru, a media działają w interesie odbiorców. A na dodatek okazało się, że ci spece to też podróbki. I ktoś, kto doradził ich sprowadzenie, również okazał się podróbką doradcy. A więc dałeś się wpuścić w kanał – nie ty jeden.















