Felietony
W (bezsilnej) obronie Kazika
Zapewne każdy kierowca zna to uczucie, gdy na skrzyżowaniu podchodzi człowiek z myjką i proponuje umycie szyb. Nie ma znaczenia, czy są czyste, czy brudne – natarczywi usługodawcy robią wiele, żeby rozmazać brudnawą wodę, a potem nieudolnie wycierać ją, brudząc przy okazji resztę karoserii. Reakcje uszczęśliwianych na siłę kierowców bywają różne. Nieliczni cieszą się, że ktoś zetrze kurz, ale zwykle większość protestuje, żywo gestykulując, a nawet złorzecząc.
Każdy artysta zapewne zna to uczucie, gdy oddani fani wielbią go ze wszystkich sił. Kupują płyty, chodzą na koncerty, pokoje wyklejają plakatami. A że mamy XXI wiek, używają do tego wielbienia także Internetu. Powstają fanowskie strony, blogi i rozbudowane serwisy, na których fani dyskutują, przeżywają, krytykują i chwalą swoich idoli. Część tych stron tworzona jest przy obojętnej tolerancji samych artystów, czasem przy ich sprzeciwie, a przeważnie bez ich wiedzy. Niektóre zyskują popularność i wtedy zaczynają się kłopoty.
Wszystko wygląda świetnie, gdy popularny serwis prowadzony przez niezależnego fana działa po myśli wielbionego artysty. Fani są szczęśliwi, artysta ma promocję. Choć pozornie jest mu obojętny los takiego serwisu, jednak zwykle uważnie śledzi wpisy, notki i komentarze, sprawdzając, jak bardzo kocha go jego „lud". Ciemne chmury mogą jednak nadciągnąć w każdej chwili.
Po pierwsze: fani mają własne zdanie, mówią i piszą, co chcą i jak chcą. Mogą chwalić, ale mogą też krytykować. W skrajnej sytuacji z zagorzałych miłośników mogą przerodzić się we wrogów.
Po drugie: właściciel niezależnego serwisu może umieścić reklamy, których treść i forma mogą nie odpowiadać artyście.
Po trzecie: fani mogą poczuć, że artysta, którego opisują, jest im coś „winien" w zamian za wierność.
W maju tego roku przez polski Internet przetoczyła się dyskusja na temat relacji Kazika Staszewskiego z jego fanami, a szczególnie z jednym: twórcą i wieloletnim prowadzącym serwisu www.staszewski.art.pl. Znany i oddany fan Kazika, LeeQS, poinformował, że otrzymał od menedżera Kazika list z żądaniem usunięcia banerów reklamowych ze swojego nieoficjalnego serwisu pod groźbą podjęcia kroków prawnych. Dostało się też nieoficjalnemu profilowi Kazika na Facebooku, do którego artysta miał zażądać dostępu dla osoby z jego otoczenia. W odpowiedzi fan zamknął serwis, a w liście otwartym do Kazika napisał, że czuje się rozczarowany działaniem artysty i jego doradców. Że za dziesięć lat swojej pracy na rzecz twórcy i jego fanów nie otrzymał nigdy wynagrodzenia czy pochwały i że nigdy nie domagał się w zamian przywilejów. Że Kazik nie rozumie mediów społecznościowych, w których każdy może założyć fanowską stronę lub profil i nie musi prosić o zgodę nikogo i z nikim dzielić się dostępem. Kazik odpowiedział w swoim stylu: ma prawo decydować o tym, co dzieje się z jego nazwiskiem i wizerunkiem w sieci, „bo Kazik Staszewski nie reklamuje swoim imieniem i nazwiskiem niczego nawet za złotówkę. Nawet za 3,8 miliona" – ta kwota odnosiła się do gaży Szymona Majewskiego za występ w reklamie banku. Z innych wypowiedzi artysty wynikało, że nie chce być kojarzony z reklamami, co jest przesłaniem jego twórczości od lat.
Gdy tylko sprawa stała się publiczna, pojawiło się mnóstwo komentarzy, zarzucających Kazikowi i jego otoczeniu niewdzięczność dla kogoś, kto woluntarystycznie przez lata prowadził bardzo profesjonalny serwis o twórczości artysty. Problem w tym, że nikt nie zlecał fanowi takiej działalności. Czy każdy piosenkarz, polityk, aktor czy inna osoba publiczna mają być wdzięczne każdemu, kto prowadzi serwis na ich temat? I jak taka wdzięczność miałaby się wyrażać? Czy cicha zgoda na umieszczanie reklam to właściwa forma gratyfikacji? A gdyby takich stron były tysiące, a reklam miliony? A gdyby – co zresztą podnosił Kazik w swojej argumentacji – pojawiły się tam reklamy „złych" produktów? W internetowych komentarzach pojawiło się takie zdanie: skoro LeeQS nie może tam publikować reklam, to nich Kazik zwróci mu koszty za prowadzenie serwisu. Zaraz, zaraz, ale z jakiej racji? Czy nie jest to bliskie akceptacji wymuszenia? Paradoksem jest, że twórcy stron fanowskich kochają swojego artystę, ale gdy przychodzi do konfliktu – są bezlitośni. To dotyczy artystów, ale – w świecie facebookowego marketingu – dotyczyć może także reklamowanych produktów i usług, które też mają swoich fanów i antyfanów.
Kazik powiedział, że po wybuchu internetowej „afery" jego rodzina otrzymała kilkaset obraźliwych, wulgarnych e-maili. Czy tak robią prawdziwi fani? Wolno im obrażać rodzinę artysty tylko dlatego, że żądają od niego specjalnego traktowania za swą „miłość"? Fani czy... „kibole"?















