Felietony
Wieża Gógel
Gdy w 2201 r. p.n.e. ambitni mieszkańcy Babilonii wzięli się za całkiem spory, bo dziewięćdziesięciometrowy projekt, którego potęga miała przyćmić wszystkie inne dotąd zrealizowane, nie spodziewali się zapewne, że zrobią tym sporo frajdy teologom, socjologom i artystom. Nie spodziewali się też zapewne, że znajdą się naśladowcy, przy których ambicje Babilończyków okażą się blade i pozbawione rozmachu.
Według Biblii wieża Babel była budowlą wznoszoną jako znak, dzięki któremu ludzie „nie rozproszą się". Jednak szybko okazało się, że Bóg miał inną koncepcję rozwoju społecznego swego ludu i sprzeciwił się tym wywrotowym planom, podszytym buntem. Wywrotowym, ponieważ – jak twierdzą uczeni w piśmie, którzy przecież najlepiej wiedzą, co myślał i czego chciał Bóg – spodziewał się, że jeśli ludzkość będzie tworzyła jeden lud, to „nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić". Bóg, choć w Starym Testamencie pokazywany jako siła dość okrutna, odstąpił jednak od planów destrukcji i zdecydował się zablokować kanały komunikacji wewnętrznej w zespołach projektowych ambitnej budowli, co znamy pod definicją „pomieszania języków". Zrobił to na tyle skutecznie, że budowniczowie podzielili się na narody z różnymi narzeczami, a ponieważ usługi tłumaczeń były jeszcze w powijakach, dalsza budowa wieży na miarę możliwości Babilończyków stała się niemożliwa.
4200 lat po Babilończykach na pomysł budowy największego projektu informacyjnego świata wpadła firma Google. Przy tej skali fanfaronady dźwięk trąb brzmiałby nazbyt skromnie, ale trąb tryumfalnych nie było. Po prostu w jednej ze zwykłych biznesowych prezentacji firmy w 2006 r. pojawiła się lakoniczna informacja, że Google zebrał jak dotąd 5% informacji, jakie do zebrania zaplanował. W jednym z komentarzy do tej prezentacji pojawiło się hasło: „Planujemy zdobyć wszystkie informacje świata, a nie tylko ich część". Jeśli współczesny świat oparty jest na informacji, to ktoś, kto chce poznać, skatalogować i udostępnić każdemu WSZYSTKIE informacje świata, jest albo geniuszem, albo paranoikiem, a może jednym i drugim jednocześnie. Czy to wyraz megalomanii firmy, która w ciągu blisko 10 lat wyrosła na jedną z najpotężniejszych i najbardziej rozpoznawanych korporacji na świecie? Odpowiedź na to pytanie być może poznamy, a być może nie. Wszystko zależy od tego, jak zaindeksuje się ona w wyszukiwarce.
Intencje – przynajmniej te deklarowane – są jasne: im więcej danych przeanalizują komputery Google, tym lepsze będą wyniki wyszukiwania. Ilość przejdzie w jakość. Dlatego coś, co wydaje się ambitną deklaracją na wyrost, jest jednak pewnym technicznym założeniem, dostosowanym do modelu biznesowego. Załóżmy, że powiedzie się plan skatalogowania wszystkich informacji, jakie są publicznie dostępne nie tylko w Internecie, ale w ogóle, w przestrzeni publicznej, a czasem także w prywatnej. Dostaniemy najlepsze jak dotąd narzędzie łączące każdego człowieka z wiedzą zgromadzoną kiedykolwiek przez ludzi. W każdej chwili i z każdego miejsca będziemy mieli dostęp do tego, co zostało napisane, powiedziane lub nagrane. Wszystko będzie porządnie opisane i skatalogowane, dzięki czemu dostęp do informacji będzie łatwy, tani i efektywny. Czy będziemy od tego efektywniejsi, szczęśliwsi, mądrzejsi? Coraz częściej słychać głosy, że mądrości z wyszukiwania raczej nie nabędziemy. Będziemy jak małpy w klatce, które nie muszą szukać pożywienia, bo codziennie otrzymują kiście słodkich, pożywnych bananów. Po co więc się starać, szukać, dociekać i drążyć, skoro wszystko dostaniemy podane na tacy? No i wreszcie najważniejsze: czy informacje, które na pstryknięcie palcem otrzymamy, będą prawdziwe i jednoznaczne? Ilu ludzi, tyle opinii, nie tylko w polityce, ale czasem i w nauce. Warto pamiętać, że „podstawowe prawdy naukowej wiary" w zachodniej cywilizacji to teorie, takie jak teoria względności Einsteina czy teoria ewolucji Darwina. Ekonomia i biznes prowadzony indywidualnie mają przemożny wpływ na życie każdego z nas, ale i tu duża część wiedzy to teorie i modele ekonomiczne, które są prawdziwe i sprawne w określonych warunkach. A skoro to teorie, to czasem bliżej im do probabilistyki niż do matematyki. Jakim sposobem więc zorientujemy się, że wyszukane przez nas rozwiązanie życiowego problemu jest tym właściwym?
Od babilońskiego zigguratu do aplikacji Googla cywilizacja zatoczyła lustrzane koło: Babilończycy mówili jednym językiem, a problemy pojawiły się, gdy zaczęli mówić różnymi. Tymczasem Google zbudował narzędzie Translate, które mówiącym różnymi językami pozwala komunikować się mimo nieznajomości języka partnera. Dziś jeszcze jest to narzędzie dość prymitywne, bo automatyczne słownikowe tłumaczenie nie przebiega w kontekście, więc czasem można zgubić sens, ale za rok, dwa, może pięć będzie to prawdopodobnie automatyczny tłumacz, którego pracy nie odróżnimy od działań człowieka. I po co wtedy uczyć się języków? Chyba tylko dla przyjemności.















