Piątek+
Jak macho został moralistą
Kiedyś Clint Eastwood był filmowym twardzielem oskarżanym o propagowanie przemocy. Dziś zaskakuje moralną wrażliwością. I choć 31 maja skończy 80 lat, nie wybiera się na emeryturę
Nadal jest krzepki i pełen energii. – Jestem dzieckiem, mam jeszcze tyle do zrobienia – żartuje w wywiadach. – Wiek to nie tylko kwestia biologii, ale także psychiki – podkreśla. – Wielu ludzi starzeje się przedwcześnie, bo się czuje staro.
Stara się zachować formę i spowolnić działanie czasu. Uprawia jogging. Codziennie rano przebiega 10 mil. Później wraca do domu – jednopiętrowej hacjendy w kalifornijskim Pebble Beach, gdzie w kuchni przygotowuje koktajle owocowe dla siebie i rodziny. Unika czerwonego mięsa. Nie pali. Za to dwa razy dziennie medytuje. Kilka lat temu pozwolił sobie na drobną operację plastyczną, by usunąć zmarszczki.
Ułamany ząb, wystająca grdyka
Hacjendę Eastwooda otaczają pola golfowe. Wielu w jego wieku zadowoliłoby się pewnie wbijaniem piłeczki do dołka. Zwłaszcza że Pebble Beach to pięknie położona sieć ośrodków turystycznych. W trakcie gry golfiści mogą podziwiać fale Pacyfiku, uderzające o wybrzeże.
Jednak Eastwood woli spędzać czas w Burbank, w hrabstwie Los Angeles, gdzie mieści się Malpaso Company – jego firma producencka. Tu, w sąsiedztwie studia Warnera, z którym jest związany od 35 lat, pracuje nad nowymi projektami.
Należy do grona najbardziej żywotnych twórców kina. Zagrał w ponad 65 filmach. Przed kamerą pojawia się coraz rzadziej, przyznając, że dla aktorów z osiemdziesiątką na karku jest mało interesujących propozycji. Ale jako reżyser nie zwalnia tempa. Debiutował w 1971 roku „Zagraj dla mnie Misty”. Od tego czasu zrealizował 30 fabuł.
Ostatnia z nich to „Invictus – Niepokonany”. Inspirowany faktami dramat o tym, jak Nelson Mandela, obejmując urząd prezydenta Republiki Południowej Afryki, postanowił wykorzystać organizację mistrzostw świata w rugby do zjednoczenia kraju po epoce apartheidu. Film zdobył dwie nominacje do Oscara i trzy do Złotych Globów – w tym dla Eastwooda za reżyserię. W Polsce ukaże się 11 czerwca na dvd.
Obecnie Clint kończy pracę nad filmem numer 31. „Hereafter”, mieszanka thrillera i horroru według scenariusza Petera Morgana (m.in. „Królowa” i „Frost/Nixon”), wejdzie na amerykańskie ekrany jesienią. W planach na 2012 rok gwiazdor ma biograficzny obraz o J. Edgarze Hooverze, założycielu FBI. Główną rolę zaproponował Leonardowi DiCaprio.
Trudno znaleźć równie aktywnego reżysera. Chyba tylko 74-letni Woody Allen, realizujący jeden obraz rocznie, i 101-letni Manoel de Oliveira, który pokazał w Cannes swe najnowsze dzieło, mogą się z nim równać.
Eastwooda wyróżnia coś jeszcze – imponująca efektywność. W ciągu całej kariery nigdy nie przekroczył powierzonego mu budżetu. Zdjęcia do filmów kończy przed terminem, rzadko pozwala aktorom na duble.
Szacunek dla pracy wyniósł z domu. – Pracowałem od 13. roku życia. Ojciec nauczył mnie, że trzeba samemu zadbać o siebie, bo nikt inny tego nie zrobi – mówi. – Dziś żyjemy w społeczeństwie zorientowanym na konsumpcję i ludzie więcej oczekują od rządu i organizacji dobroczynnych. Gdybym tak myślał, kiedy byłem młody, nie zaszedłbym daleko.
Był typem introwertyka, który nie bardzo wiedział, co chce robić w życiu. Pracował przy wyrębach lasu, kopał baseny. W określeniu celu pomogła mu armia. Dostał powołanie w czasie wojny w Korei. Nie pojechał na front, ale spotkał aktorów, którzy zachęcali go do spróbowania sił w Hollywood po zakończeniu służby. Dał się namówić. W wieku 23 lat wyruszył do Los Angeles i podpisał kontrakt z wytwórnią Universal. Zagrał kilka pozbawionych znaczenia epizodów w złych filmach. Po 18 miesiącach usłyszał od kierownika studia, że ma ułamany ząb, zbyt wolno mówi i śmieszy widzów, bo wystaje mu grdyka. Został zwolniony.
Na szczęście coraz prężniej rozwijała się telewizja. Kanał CBS szukał akurat postawnego aktora do roli poganiacza bydła w westernowym serialu „Rawhide” (1959 – 1966). Praca przy kopaniu basenów i wyrębie drzew zaprocentowała. Wysportowany Clint przesiedział w siodle 217 odcinków. To był jego pierwszy krok na drodze do stworzenia wizerunku macho – twardego, małomównego samotnika, który kieruje się etosem rewolwerowca.















